Najnowszy album Eivør Pálsdóttir prowokuje przede wszystkim do pytania o to, czy muzyczne premiery aby na pewno muszą wpisywać się w internetowy dyktat szaleńczego tempa pogoni za nowymi treściami.
Kariera 43-letniej Eivør Pálsdóttir to jedna z tych w starym stylu. Urodziła się w wiosce Syðrugøta na wschodnim wybrzeżu Wysp Owczych, którą w czasie, gdy przyszła na świat, zamieszkiwało niewiele ponad 350 osób.
Jako dwunastolatka była solistką w męskim chórze. Rok później wygrała duński konkurs piosenki, a w wieku 15 lat dołączyła jako wokalistka do rockowego zespołu Clickhaze. Pierwszy solowy album Eivør Pálsdóttir ukazał się, gdy miała zaledwie 16 lat. Słychać w nim poszukiwanie, skłonność do eksploracji, do wykraczania poza utarte muzyczne schematy – coś, co twórczość Eivør definiuje i dziś, ponad dwie dekady później.
Po raz pierwszy z jej głosem zetknęłam się w ścieżce dźwiękowej do popularnego w Wielkiej Brytanii serialu The Last Kingdom. To telewizyjna baśń zbudowana na podstawie świetnej książki Bernarda Cornwella o tym samym tytule, której lekturę Wam serdecznie polecam. Głos Eivør – magnetyczny, o ogromnych możliwościach, przewija się przez całą ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Johna Lunna.
Tungl to jej najnowszy album, wydany 16 października 2026 r. w ramach świeżej, bo sfinalizowanej umową z ubiegłego roku, współpracy z wytwórnią Nuclear Blast Records.

Sama artystka mówi o swojej nowej płycie, że jest to próba “eksploracji wciąż zmieniających się cyklów życia”, a utwory Tungl “poruszają się pomiędzy chwilami delikatności i bólu, miłości i straty i wszystkich emocjonalnych fal, które nas kształtują”.
Album, wydany dwa lata po poprzedniej płycie Eivør Enn, zawiera 10 utworów, z których większość to teksty w języku farerskim, a jedynie trzy – piosenki anglojęzyczne. Jest zdecydowanie kontynuacją kursu objętego przez artystkę przy Enn; to kurs na mocniejsze i ciemniejsze brzmienia, mniej kojarzące się z popem, z którego narzędzi Eivør często korzystała umiejętnie uniwersalizując z ich użyciem ekspresję np. w albumie Segl.
Og mánin graet / And The Moon Cried to mocne otwarcie, które kształtuje oczekiwania względem Tungl i przypomina, jak dobrze Eivør odnajduje się w muzyce korzystającej z dziedzictwa kulturowego Północy. Słychać tu wiele przestrzeni, umiejętne wykorzystanie mocnej, tradycyjnej rytmiki i przesterów, złączenie stylistyczne przeszłości ze współczesnością, które w twórczości Eivør jest jednym z jej znaków rozpoznawczych.
Tej estetyki nie brakuje w kolejnych utworach.
Drekafljóð / Dragon Maiden zdecydowanie podąża ścieżką wytyczoną przez kompozycję otwierającą album, ale Verjugarðar / Walls, Spøkilsir / Revenants – to kawałki, które które stylistycznie zbliżają się do twórczości Björk (obie artystki eksplorują w swojej twórczości podobne obszary muzyczne). Niestety, trudno dostrzec mi koncept, o którym opowiada Eivør w wywiadach dotyczących Tungl.
Wrażenia tego nie przełamuje ballada Hinumegin / The Other Side, bardzo przestrzenna, przywodząca na myśl rytm fal północnego morza majestatycznie zdążających ku skalistym wybrzeżom; głos Eivør wybrzmiewa w niej w sposób znany nam ze współpracy z Lunnem, o której wspominałam wcześniej, umownie też – mam wrażenie – utwór ten dzieli Tungl na pół.
Healer oraz Eon (oba śpiewane w języku angielskim) jak i Tann tú saknar / The One You Long For, to znacznie mniej nawiązań do muzyki tradycyjnej i powrót do kameralnego popu, który Eivør nagrywała wcześniej. W przypadku ostatniego wspomnianego utworu, wychwytuję w nim dialog z otwierającym wydany w 2015 r. album Slørkawałkiem Silvitni.
Repetycja to chyba największy grzech tej płyty.
Słuchając Fangað / Trapped nagranego razem z siostrą Eivør – Elinborg, również artystką, jak i zamykającego album anglojęzycznego utworu Everyone But Me, który powstał we współpracy z Dannym Saulem, z którym Eivør pracowała już przy ścieżce dźwiękowej do The Last Kingdom odnoszę wrażenie, że finalnie Tungl nie wnosi do dorobku artystycznego tej utalentowanej i obdarzonej naprawdę niebywale ciekawym głosem twórczyni niczego nowego.
Tungl to wracanie po własnych śladach do tego co było w Enn, ale i w Slør. To powtórzenia, które nie pozwalają na zatrzymanie nowego albumu Eivør w pamięci – ale być może w czasie, w którym wiodącą platformą dystrybucji muzyki jest Spotify odzierające swoich użytkowników ze zdolności do słuchania całych płyt, nie jest to wcale istotne. W realiach świata, który nieustannie pędzi za nowościami i nie zastanawia się wcale nad sensem tej pogoni, ważniejsze być może jest wydanie nowego albumu.