Na marginesie

Mogę pogodzić się ze śmiercią

Mogę pogodzić się ze śmiercią, jeśli pozwolisz mi ją odczarować. Jeśli nie będziesz nalegał, bym chciała wieczności (to groźba, która jak miecz, wisi nade mną zawsze, gdy zasypiam).

Chcę wiedzieć, że kiedy umrę, ktoś zadba, bym zmieniła się w proch (bo przecież ja, proch, będę z Panem gadać). Ziemia mnie przeraża, ze swoją organicznością, żywotnością, brakiem ciszy i sterylności. Bo ziemia to jak zawieszenie w świecie żywych, gdzie wciąż nad moją głową przechodzić będą ludzie, przez lata, przez wieki, będę słuchać, jak stąpają po ziemi przy moim grobie. Dźwięk będzie przenikał moje kości, drążąc w nich tunele, razem z zimnem i wilgocią gleby.

Mogę pogodzić się ze śmiercią, jeśli obiecasz mi, że nikt nie będzie nazbyt się starał, bym trafiła do nieba. Ja żyję życiem pełnym strachów i codziennego brudu. Nie aspiruję do świętości. To nadwyręża mi cierpliwość. Kruchość istnienia to zawsze jej brak. Celebruję upływ czasu i wiem, że ktokolwiek będzie mnie sądził – będzie sprawiedliwy.
Proszę, nie módl się za mnie. Daj mi za wszystko zapłacić z pokorą.

Mogę pogodzić się ze śmiercią, bo zrozumiałam, że to ostateczny cel i sens istnienia. Powód, dla którego co rano mam siłę otwierać oczy, myśleć, mówić, pisać i tworzyć treść świata. Gdyby nie śmierć, rozciągłość czasu niwelowałaby nasze człowieczeństwo. Bycie człowiekiem to tymczasowość, to wieczne nienadążanie, to walka z przemijaniem. Do obrzydzenia, do przerażenia, do szaleństwa, które każe nam marzyć o zatrzymaniu czasu na zawsze (czymkolwiek jest zawsze; powtarzającym się w nieskończoność zdarzeniem w czasoprzestrzeni, drganiem, błędem na strunie świata).

Mogę pogodzić się ze śmiercią; nie mogę pogodzić się z życiem w czasie, który mi przypadł; bo śmierć nie jest glamour. Przemijanie nie dodaje seksapilu.
Umrzeć, tak po prostu, nie żałując śmierci?
Absolutny brak taktu.

Standard
Na marginesie

Obumieranie świata

Pamięć miejsc odżywa we mnie ostatnio jakby zza niedomytej szyby.

***

Październik to taki szczególny rodzaj brudu, który osadza się na wspomnieniach; zapach suszonych grzybów, z których wypadają robaki. Pierwsze w życiu grzane wino z goździkami i pomarańczą. Szepty, szmery i daleka nieświadomość zagrożenia nadchodzącej współczesności. Jeszcze nie podłączyliśmy się do świata; jeszcze nie przedłużamy swoich kończyn elektroniką. Papier wciąż pachnie, gdzieś w sekrecie dopala się pierwszy papieros, który smakuje zimnem i pustym powrotem do nieco strasznego domu, który zamieszkuję.
2002. Może już listopad.

***

Zastanawiam się, czy to uczucie, że przez czas tylko podróżujemy i nic się nie zmienia, będzie już ze mną na stałe. Jeżeli tak, życie nigdy nie było piękniejsze i bardziej celowe; bo jestem, koniec końców, pewnym continuum i zarazem domkniętą całością, nie oczekuję żadnych rewolucji, a jedynie upływu czasu, wzrostu w mądrości, doświadczeniu i zdolności do plewienia własnych myśli.
Mogę upijać się wiecznie w ten sam sposób, budzić się i zasypiać wzdłuż dawno uformowanego kręgosłupa wartości i niepokojów.

***

Wieczność wciąż jest przerażająca.

***

Najbardziej cenię zdolność obumierania, którą świat przejawia cyklicznie z tym samym dramatyzmem.

[Próbuję sobie przypomnieć, dlaczego kiedyś czytałam Thoreau i utknęłam, bo jego las nie miał w sobie niczego, co byłoby wyzwaniem. Nie był pociągający. Nie uwodził leśnością.]

Ów dramatyzm przybiera na sile każdego dnia i wiem, że znowu wybuchnie w tę noc cudów, z ostatniego października na pierwszego listopada. Że na bagnach będą tańczyć ogniki, a niebo – połyskliwe najgłębszą z możliwych ciemności – wypełni się dawno umarłym życiem.

Jaki sens miałoby przeżywanie, trwanie życia, gdyby nie istniała śmierć?

Standard
Na marginesie

Owce giną w ciszy

Najpierw przychodzi zimno. Zimno w ciemności lepkiej i gęstej, mimo przejrzystości powietrza. Nakładane po omacku ubranie i maleńki obłoczek pary unoszący się z ust. Za mało czasu, by czekać, aż nagrzeje się żarówka. Obserwuję w myślach linię drzew, ten las, o którym wiem, że trwa, mimo, że jeszcze noc. Trzeba się pospieszyć.

***

Owce giną w ciszy.
Dookoła rozciąga się tylko przestrzeń, w której świta. Ten świt jest szaro-błękitny, spokojny i tak cichy; nie słyszę zwierząt. Tylko własny oddech. I to, jak napełniam płuca dymem z fajki, tytoniowym smakiem palonego karmelu i czekolady, jeszcze przywiezionym z Czech. W powietrzu unosi się zapach strachu. Ledwie wyczuwalny tuż od drzwi domu, eksploduje, kiedy wchodzę do owczarni.
E. dziękuje mi za kubek czarnej, piekielnie mocnej kawy z cukrem i zakłada swój biały fartuch. Kiedy rozcina brzuch zwierzęcia, ze środka bucha ciepło natychmiast zmieniające się w parę.

E. jest rzeźnikiem. Z pokolenia na pokolenie. Wprawnym, spokojnym i zdecydowanym. To widać w sposobie, w jaki podwiązuje martwe zwierzę w otwartych, dwuskrzydłowych drzwiach tak, by krew ciekła bez przeszkód na beton, na którym stworzy jaskrawo czerwoną plamę wyglądającą tak, jakby znalazła się tam w wyniku jakiegoś potężnego nieporozumienia.

Koty pojawiają się dopiero, gdy siadam obok taczki, na której leżą parujące wnętrzności. Przyglądają mi się badawczo, obwąchują skórę, którą rozpostarliśmy na wózku obok. Niech schnie, zanim zasoli się ją i oczyści, by potem grzać na niej stopy. Jest gładka i lśniąca swoją wewnętrzną stroną, a wełna wciąż pachnie życiem.

Palę fajkę i rozmawiamy o mięsie, Gdyni i szkodliwości substancji chemicznych, którymi karmione są dziś zwierzęta inne, niż własne.
E. mówi, że dostanę wilka siedząc tak na betonie i dziękuje za drugą kawę, oprawiając drugą owcę.
Na jego rzeźnickim fartuchu przez cały czas nie pojawia się ani jedna kropla krwi.

Standard