Okruchy Kultury - Wędrówki po Rzymie z historią w tle
Książki, Sztuka

Nieustanna ciekawość miasta. O Rzymie z historią w tle oczami Bożeny Fabiani

Jest lipiec. Gorący, zawiesisty wieczór. Mieszkam w rejonie metra Cavour, wychodzę – przy chodniku rosną drzewka cytrusowe pachnące aromatycznie do zawrotu głowy.

Rzym po zmierzchu ożywa i staje się  tak bardzo różny od turystycznej stolicy znanej z folderów reklamowych biur podróży oferujących objazdowe wycieczki. Paradoksalnie, miasto wycisza się, a jego puls przechodzi w pogłos śmiechu i stukających kieliszków, filiżanek do kawy stawianych na porcelanowych spodeczkach, wreszcie – zaśpiew rozgrzanych, tramwajowych szyn.

W starożytnych ruinach zamieszkuje dziś niepoliczalna ilość kotów. Czytaj dalej

Standard
Sztuka, Zapiski z podróży

Potężna lekkość – o stylu gotyckim

Nie zrozumiesz gotyku, jeśli nigdy nie spróbujesz narysować katedry.
Nie zrozumiesz go, jeśli chociaż raz nie pozwolisz uwieść się strzelistym prostym, które biegnąc w nieskończoność, w przestworza, wyznaczają wertykalność tego stylu, lekkiego, uduchowionego, powstałego na cześć i chwałę Dziewicy Maryi.

Gotyk w architekturze był tym, co sprawiło, że zafascynowała mnie historia sztuki jako taka. W czasie, kiedy postrzegałam go przez pryzmat barwnych, ręcznie malowanych witraży Chartres i Reims, które mogłam oglądać tylko na kartach albumów o sztuce, jakie znajdowały się w biblioteczce mojej Mamy, zapragnęłam, że kiedyś zobaczę katedry na własne oczy.

Jakkolwiek nazwa stylu została użyta po raz pierwszy w 1550 roku przez Vasariego, to początki jego można datować na połowę XII wieku. Rodzi się we Francji i Francja naznacza wszystkie jego odmiany, nie wyłączając mrocznego gotyku niemieckiego, dolnośląskiego (który dopiero od niedawna poznaję), a nawet włoskiego, niepogodzonego z upadkiem dawnego Imperium, którego sere znajdowało się na terenach Italii.

Dziwny, bardzo spójny i piękny to styl, który najlepiej opowiadają dwie rzeczy pozornie tylko od siebie oddalone; matematyka i wiara. Kult Maryi, który od XII wieku rośnie w siłę w Europie, odciska swoje piętno na sztuce, darowując jej cudowność miękkiej rzeźby (Madonny w charakterystycznej pozie kontrapostu), jak i świątynie poświęcone Matce Boskiej – katedry będące wyrazem uwielbienia i małości człowieka o strzelistym jednak sercu.
To strona duchowa. Architektonicznie i matematycznie zaś, wysokość, przestronność i lekkość kościołów to kwestia konstrukcji, a zwłaszcza oświetlenia, które było najtrudniejszym problemem stojącym przed ówczesnymi budowniczymi. Znano cyrkiel i kątownicę – podstawowe, najprostsze narzędzia, dzięki którym uzyskiwano całe bogactwo gotyckich kształtów, przestrzeni i ozdób.

Ogromny obszar oddziaływania sztuki gotyckiej to tak naprawdę cała Europa; połączona wspólną mową (lingua latina), ideą (chrześcijaństwo) i sztuką (już romanizm był uniwersalny) dobrze znosiła tworzenie się w jej wnętrzu poszczególnych państw narodowych, które już wkrótce miały odegrać kardynalną rolę w teatrze dziejów, ze starych katedr nierzadko czyniąc sobie panteony.

[Wszystkie zdjęcia w galerii – mojego autorstwa, znajdziecie je na Instagramie: @Apsalaar

Standard
Sztuka

U podstaw europejskiej tożsamości. Romanizm

Odkąd pamiętam, fascynowały mnie mroki wieków, w których powstawały fundamenty katedr i europejskiej kultury. Średniowiecze, które przez wielu z Was zapewne uważane jest za synonim zacofania i degeneracji, w istocie – z czego zdaje sobie sprawę garstka pasjonatów – było epoką rozkwitu nie tylko sztuki i kultury, ale też nauki (wiele wynalazków czasów późniejszych swoją genezę ma właśnie w wiekach średnich). Czytaj dalej

Standard

Uprzedzam – to będzie jeden z tych tekstów, po przeczytaniu których część z Was złapie się za głowę, odlubi stronę Okruchów na Facebooku, a mnie będzie wyklinać na lewo i prawo za poglądy, trochę zbyt mało popularne, by można o nich było słuchać w radiu, lub czytać w popularnej prasie. Nie mówi się dziś o upadku, a może raczej degeneracji estetyki zbyt wiele; temat raczej się pomija. Powiem nawet więcej: nie tyle pomija, co w ogóle się go nie zauważa (a wiadomo powszechnie, że jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje). Continue reading

Filozofia, Kultura, Sztuka

Zdegenerowana estetyka współczesności

Uprzedzam – to będzie jeden z tych tekstów, po przeczytaniu których część z Was złapie się za głowę, odlubi stronę Okruchów na Facebooku, a mnie będzie wyklinać na lewo i prawo za poglądy, trochę zbyt mało popularne, by można o nich było słuchać w radiu, lub czytać w popularnej prasie. Nie mówi się dziś o upadku, a może raczej degeneracji estetyki zbyt wiele; temat raczej się pomija. Powiem nawet więcej: nie tyle pomija, co w ogóle się go nie zauważa (a wiadomo powszechnie, że jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje).

Obrazek

Obejrzałam sobie wczoraj film Obrońcy skarbów (Boże, wybacz wydawcom polskiej dystrybucji filmu beznadziejność przekładu tytułu, który w oryginale brzmi The Monuments Men). Nie będę jednak pisać o samym filmie, którego fabuła skoncentrowana jest wokół próby powstrzymania niszczenia dzieł sztuki europejskiej podczas drugiej wojny światowej (w tym celu powołana zostaje specjalna grupa konserwatorów – rzeczoznawców, którzy po krótkim przeszkoleniu wojskowym udają się na front i rozpoczynają arcytrudną misję – jak to w przyzwoitych filmach przygodowych bywa); powiem jedynie, że warto go obejrzeć (a jak dobrze wiecie, rzadko zdarza mi się powiedzieć cokolwiek pochlebnego na temat jakichkolwiek produktów kinematografii).

W filmie pada jednak w pewnym momencie bardzo ważne pytanie: czy dzieło sztuki warte jest poświęcenia ludzkiego życia? Czy śmierć w obronie dorobku artystycznego (który jest wszak częścią szerszego dziedzictwa kulturowego, czy też cywilizacyjnego) ma sens? A może to próżne przelanie krwi, bezwartościowa i głupia strata człowieka, który żyjąc (kosztem istnienia rzeźby Michała Anioła, czy też obrazu Hieronima Boscha) mógłby dokonać wielu więcej wartościowych rzeczy…?

Każda wojna to zło. To kwintensencja podłości i okrucieństwa. Wiem to mimo, że żadnej nie przeżyłam; nie zapomnę jednak wrażenia, które wywoływały we mnie przesuwające się w telewizji obrazy wojny na terenach byłej Jugosławii, które oglądałam jako mały dzieciak w wieczornych wiadomościach. Śmierć, cierpienie i zniszczenie, które niesie z sobą wojna, to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tym, czego się boję.

I tak też przypominam sobie jedną z moją ulubionych książek – Rzeźnię numer 5 Vonneguta. Te pięćset tysięcy ludzi, które giną w nalocie na Drezno. Zdjęcia powalonego na kolana miasta, które potem oglądam (złamana sylwetka katedry, bryły smutnych, szczerniałych i wyludnionych kamienic). I postać Anglika idącego przez rosyjską tajgę, który myje zęby śniegiem (bo gdyby przestał, straciłby tym samym resztkę swojej kultury, oddzieliłby się od cywilizacji, która go stworzyła i która jest w jego oczach jedyną nadzieją na przetrwanie tej wojny).
Podobnież; ewakuacja Luwru. I smutny strażnik stojący obok opustoszałych ram po obrazach klasycznych mistrzów… przesmutny, tragiczny widok. Płonące książki na berlińskim Bebel Platz… zalana londyńska biblioteka. Polscy profesorowie ginący w obozach zagłady.

A więc kultura. Cywilizacja.
Nie oddam życia za kraj, w którym żyję, ale oddam je za kulturę, która mnie wychowała, która dała mi wolność myślenia, odczuwania, uczenia się historii i filozofii, rozumienia literatury i potęgi ludzkiej ciągłości cywilizacyjnej. Kultura europejska – bo o niej tu mówię – choć zbudowana na krwi, na imperialnych zapędach szaleńców, wreszcie – na niedoli milionów wykorzystywanych w takim czy innym systemie politycznym prostych ludzi wierzących w medialne przekazy, wcześniej zaś – w słowa wypowiadane przez stojące u władzy osobistości (nieważne, czy świeckie, czy też poświęcone przy tronie Piotrowym – władza ma bowiem wiele wymiarów i bywa trucicielsko aksamitna), po wielu stuleciach uświadomiła samej sobie, że wojna jest złem.

… Wojna jest złem. Jeśli ktokolwiek z Was myśli inaczej – sięgnijcie po Remarque’a i popatrzcie na siedemnastoletnich chłopców żyjących mitem potęgi Wielkich Niemiec, którzy potem w okopach (nomen omen – Wielkiej Wojny) giną od pełznących po ziemi gazów bojowych, giną w błocie, rozkładzie i krwi przyjaciół, a Heimat staje się niczym więcej, niż sfalsyfikowanym mitem.

Czy warto umierać za dzieła sztuki, za kulturę?

A jeśli nie za nie, jeśli nie za cywilizację, za nasze człowieczeństwo, to za co…?

Kultura, Sztuka

O bezsensie wojny i wartości sztuki

Każda wojna to zło. To kwintensencja podłości i okrucieństwa. Wiem to mimo, że żadnej nie przeżyłam; nie zapomnę jednak wrażenia, które wywoływały we mnie przesuwające się w telewizji obrazy wojny na terenach byłej Jugosławii, które oglądałam jako mały dzieciak w wieczornych wiadomościach. Śmierć, cierpienie i zniszczenie, które niesie z sobą wojna, to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tym, czego się boję.

Obrazek
Sztuka

Mistyka czasu karolingów

Na sam początek – jak dobrze znów wrócić do pisania o sztuce. W pewnym momencie poczułam, jak bardzo brakuje mi opowiadania Wam właśnie tej części świata – w sposób do bólu osobisty, subiektywny, nie pozbawiony naleciałości ocennej – ale gdyby nie sztuka, nie byłoby przecież całej reszty. Nie byłoby “Zapisków z podróży”, nie byłoby zachwytu nad światem i całej nadwrażliwości, którą czytacie na Okruchach – bo to właśnie od sztuki wszystko się tak naprawdę zaczęło. Szczególne zaś miejsce zajęła w moim życiu sztuka średniowieczna – rozumiana najszerzej, jak to tylko możliwe. Czytaj dalej

Standard
Sztuka

Świat pełen ikon

Chciałbym zabrać was w dniu dzisiejszym na krótką wycieczkę, ekskursję w świat ikon i ikonografii. Wiem, że jest to temat godzien prac magisterskich, a nawet doktoratów i habilitacji, jednak czemu właściwie nie… jak to powiedział Alibaba do 40 rozbójników, zacznijmy tą opowieść po kolei. Słowa mają moc. Większości kojarzyć się będzie to słowo, ikona, ze starymi cerkiewnymi obrazami, może z wytartą frazą że ikony się pisze, a nie maluje, z lekcji języka rosyjskiego, wycieczką na Podlasie bądź Lubelszczyznę, część, przynajmniej mam taką nadzieje zobaczy zawartą w tych słowach: historie malarstwa, sztuki, a także narodów i światów. Czytaj dalej

Standard
Sztuka

W blasku srebrnego półksiężyca – o sztuce islamu

Religia, którą Mahomet w 622 roku nazwał „poddaniem się woli Boga” – rodzący się na ziemiach Arabii islam – wśród wielu budzi dziś bardzo sprzeczne, skrajne emocje. Nic to dziwnego – czuć potęgę tej kultury, która w ciągu jednego pokolenia dokonała w swych początkach imponującej ekspansji zarówno na wschód, jak i na zachód, wyrąbując sobie drogę mieczem. Imperium Omajjadów, którego stolica – mityczny Damaszek, wonny korzeniami i kadzidłem, rozciągało się aż po wschodnie granice Persji, na północy sięgnęło zaś za Kaukaz, a na południu – do Afryki Północnej. Wkrótce ekspansji islamu uległy też Indie i Hiszpania, z której to Maurowie usunięci zostali dopiero w XV wieku. Czytaj dalej

Standard
Sztuka

Uduchowione bogactwo Bizancjum

Wraz z upadkiem Rzymu (o sztuce którego pisałam głównie przez pryzmat tego, co można zobaczyć w Pompejach) rozpoczęła się epoka wieków średnich, często nazywanych ciemnymi, z czym kategorycznie się nie zgadzam – ale to temat na osobną notkę, (poświęconą odkryciom naukowym średniowiecza, które stały się podstawami nauki nowożytnej). Nie sam jednak upadek Cesarstwa, a również wędrówki ludów barbarzyńskich po całym świecie śródziemnomorskim, rozwój chrześcijaństwa i nauki Mahometa na Wschodzie tworzą ten czas, bogaty w treść każdego rodzaju, spośród której ukochałam sobie sztukę. Sztuka wczesnego średniowiecza mylnie bywa utożsamiana jedynie ze sztuką bizantyńską, o której dziś Wam opowiem; w rzeczywistości jest ona „przyrodnią siostrą” sztuki starochrześcijańskiej, która jest wcześniejsza i źródło znajduje w nieco innym geograficznie obszarze.

Bizantyńska mozaika podłogowa

Bizantyńska mozaika podłogowa

Czytaj dalej

Standard