Na marginesie

O dostrzeganiu barw

Pierwsze tygodnie 2011 roku. Chrupiący od mrozu śnieg pod stopami, na których mam czerwone, lekkie tenisówki z delikatnej skórki. Za zimno, by w nich chodzić, w końcu to początek lutego, który w Warszawie bywa zimny, bardzo; co chwila więc spuszczam wzrok i pilnuję, by nie zamoczyć butów – ale przecież wyszłam tylko po chleb. Niemal biegiem. W pewnym momencie jednak zatrzymuję się i ze zdumieniem dostrzegam; ten śnieg jest biały. I skrzy się w słońcu jak drobno pocięte diamenty.

Ta nieoczekiwana, a przecież tak oczywista obserwacja uświadomiła mi, że gdzieś po drodze zatraciłam zdolność widzenia barw w otaczającej mnie rzeczywistości. Najprawdopodobniej wtedy, kiedy przegrałam z przewlekłym, egzystencjalnym smutkiem, a optymizm zastąpiłam pogrążaniem się w wielogodzinnym rozmyślaniu nad takimi czy innymi problemami, z których żaden nie mógł zostać rozwiązany; barwy uleciały, a zastąpiła je monotonia przesuwających się przed oczami obrazów pozbawionych znaczenia.

Stany depresyjne mają to do siebie, że wyobcowują nas z życia. Nagle zaczynamy unosić się nad własną głową, całkowicie bezwładni i pozbawieni wpływu na rzeczywistość; po prostu przestajemy uczestniczyć w tym, co na co dzień przeżywamy. Razem z uczestnictwem odchodzi świadomość barw, ale też kształtów, dźwięków, zapachów, faktury tego, co dotykamy (jak często czegoś dotykasz świadomie…?). Tracimy też ludzi – dystansując się, często wbrew własnej woli, a tak po prostu z niemożności – do relacji, do wspólnych spraw czy emocji.

W tej jednej chwili, gdy zobaczyłam, jak śnieg skrzy się w słońcu, zrozumiałam, że nie mogę dłużej pozwalać na bezwładny dryf z dala od uczestnictwa w tym, co mnie otacza. Po raz pierwszy od dawna zdałam sobie sprawę z tego, że rzeczy mają kolor, a ja nie chcę znów o tym zapomnieć, już nigdy. I może to właśnie dlatego zaczęłam fotografować, pisać i uczyć się – bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.