Zapiski z podróży (IX). Na granicy

Droga na południe Europy. Jedna z moich najbliższych, najbardziej rozeznanych i zapamiętanych dróg. Jedna z tych, którymi mogłabym poruszać się bez mapy (i mam wrażenie, że od ostatniego czasu, kiedy tędy jechałam, zapamiętałam tak idealnie kształt i charakter każdej mijanej miejscowości, każdego wzniesienia, czy też charakterystycznego, niepowtarzalnego znaku w przestrzeni – niech będzie to przekrzywiony drogowskaz, restauracja z brudną toaletą, papieros palony na parkingu u przedproża Alp, siedem lat temu).

Ta droga jest jak powrót do domu po latach. Zwłaszcza granica polsko-czeska, pierwsza granica, jaką przekraczać, która jest zarazem granicą mentalną; opuszczone od dziesięciu lat terminale osobowej odprawy granicznej, puste, dewastujące się powoli z czasem budynki, które wyjada niczyjość i głęboka nieprzydatność. Ideologicznie, rozgraniczenia pomiędzy krajami strefy Schengen upadły. Gospodarczo, mentalnie, psychicznie – nigdy nie były oczywiste bardziej, niż dzisiaj. Dorosłam i zdaję sobie z nich sprawę.

Ziemia przy granicy polsko-czeskiej to ziemia niczyja. Za każdym razem, gdy na nią trafiam, spotykam nomadów wszelkiej narodowości i proweniencji, palących papierosy spokojnie, z wyrazem twarzy pokerzystów, przezornie chowających oczy za fosforycznymi, przeciwsłonecznymi „aviatorami”. Nikt nie potrzebuje niezagospodarowanych, opuszczonych przestrzeni służących kontroli tożsamości i zamiarów podróży tych, którzy przekraczają tę granicę; niegdyś oczywista kontrola stała się dziś naszą prywatną sprawą, rzeczą, której dokonujemy sami, pisząc o celach naszych podróży na Facebooku i w innych mediach. Kontrolujemy się samodzielnie, a rolę celników przejęli „znajomi znajomych” i publicznie udostępniane statusy.
Przestrzeń w pobliżu terminali, jak wspomnienie czasów, o których z odrazą dziś mówi się i myśli, wypełniają elektrownie, zakłady przemysłowe i hale. Ich brud, żelazny osad opiłków i ciepło gazów są jak kontrola – ciężkie, wypchnięte poza granice czeskich miasteczek, tak gościnnych przecież, zapraszających piekarnią, piwnym barem i rynkiem, w którym niepodobna się nie zakochać.

Powietrze tu pachnie inaczej. Wiem, że jeszcze kilkanaście godzin. Że jeszcze nie można odpocząć, bo przede mną Alpy, wysokie, złowrogie góry odbierające i życie, i duszę. Że całe Czechy i ciche, mroczne tunele pod Wiedniem, przez które przemyka się o tej szczególnej porze, w której wszystko śpi, oprócz drukowanej właśnie prasy, mającej następnego dnia posłużyć jako podkładka pod kawałek sera i szklankę z czarną kawą przy pospiesznie jedzonym śniadaniu gdzieś, na przypadkowej stacji Esso.

Droga na Południe. Zmienna, ale wciąż taka sama, dobrze znana, niebezpieczna i przepiękna.
To właśnie tutaj, kiedy przemierzałam ją po raz pierwszy, zrozumiałam, że nigdy nie osiądę. Że nie mam gdzie osiąść. I nie mam czego szukać w spokojnym życiu.

11 lipca 2014

 

O pięknym Lublinie i krzywdzących stereotypach

Lublin o zachodzie słońca

Lipcowy wieczór. Upalne powietrze miesza się z zapachem wilgoci uwalniającej się z liści potężnych drzew rosnących w Parku Saskim. I światło miejskich latarni, pomarańczowe, ciepłe, wydobywające ten szczególny, właściwy tylko dla lipca genius loci miasta. To Lublin. Czytaj dalej

Polska (nie)kulturalna

Budynek opuszczonej księgarni

Dyskusja o Golgota Picnic skłoniła mnie do zastanowienia się nad szerszym aspektem tego, czym jest kultura w Polsce. Jaka jest jej dostępność? Czy nie jest przypadkiem tak, że kultura w naszym kraju jest tak naprawdę przywilejem nielicznych, lub – z innej perspektywy – przewinieniem (głównie dzięki piractwu) większości…? Czytaj dalej

(Golgota) Picnic niezgody

Rycina przedstawiająca Teatr Globe z czasów Szekspira

Nie lubię teatru współczesnego. Nie znoszę, nie cierpię. I przypominam sobie o tym jeszcze bardziej w ostatnich kilku dniach, kiedy większość tematów kulturalnych w mediach ogniskuje się wokół dyskusji o spektaklu Golgota Picnic, anulowanym z programu poznańskiego festiwalu Malta. Wielokrotnie z tego powodu zarzuca mi się impertynencję, brak wykształcenia i prymitywizm (nie kłócę się, samej siebie nie będę oceniać). Czytaj dalej

Podróże w historię z misiami (II)

Mój pierwszy miś

Jest koniec roku 1956, może 1957. Dostałam misia z Nicei. Misia Francuza – tak go nazwałam. Mruczał, miał cudowne nylonowe, jasne, kudłate futerko i filcowe łapki. I był tak bardzo inny od twardych, żółtych lub brunatnych misiów, jakie dotychczas widziałam. Ale czy lepszy?
Nicejski misio ląduje w objęciach małej dziewczynki w Mielcu. Działa tam sektor lotniczy socjalistycznego kraju i jego narodu. Rodzinny Poznań mojego ojca liże rany po wypadkach czerwcowych, a Warszawa – już po marcu i po przemówieniu Gomułki w październiku 1956.
Świat tej dziewczynki to socrealistyczne bloki małego miasta i kapitalistyczny misio. (Obecnie ma zoperowane, pocerowaniem łapki, bo mole je poraniły). Czytaj dalej

Historię spotyka się przypadkiem

Kilka dni temu idziemy gdańską ulicą Pończoszników, zapada zmierzch, co w czerwcu zdarza się raczej późno. Opowiadam o fascynacji kamienicami, których oficyny tworzą wąską uliczkę, niemal niezauważaną przez płynących równoległym Długim Pobrzeżem turystów. To specyficzne miejsce; wyciszone, nostalgiczne, a ja uległam mu już w 2008 roku, kiedy po raz pierwszy przeprowadziłam się do Gdańska. Czytaj dalej

Zdegenerowana estetyka współczesności

Uprzedzam – to będzie jeden z tych tekstów, po przeczytaniu których część z Was złapie się za głowę, odlubi stronę Okruchów na Facebooku, a mnie będzie wyklinać na lewo i prawo za poglądy, trochę zbyt mało popularne, by można o nich było słuchać w radiu, lub czytać w popularnej prasie. Nie mówi się dziś o upadku, a może raczej degeneracji estetyki zbyt wiele; temat raczej się pomija. Powiem nawet więcej: nie tyle pomija, co w ogóle się go nie zauważa (a wiadomo powszechnie, że jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje). Czytaj dalej

Zapiski z podróży (VII). Narol

Jakiś czas temu zrozumiałam, że nie potrafię odpoczywać w cywilizacji. Drażni mnie jasność ekranów, drażnią mnie dźwięki, nagromadzone w nieustannym szumie informacji, które poruszają się (pozornie) po cichu w światłowodach.

Wyłączam się już poprzedniego wieczora w Lublinie, kiedy odkładam Instagram i tablet, i robię zdjęcia lustrzanką. Przypominam sobie proces widzenia, dostrzegania struktur rzeczywistości. Prawdziwie wolna jednak czuję się dopiero w piątek wczesnym popołudniem, kiedy czekamy na PKS na lubelskim dworcu, który przypomina tygiel rodem z zapisków Singera. Czytaj dalej