Homo viator

Nad Broumovem powoli zapada zmierzch

Trzydzieści kilometrów od miejsca, w którym aktualnie żyję, jest inny świat. Wieczorem jadę szukać domu. Znajduję go, jeszcze nie materialnie, ale niemal mogę dotknąć. Jeszcze nie wiem, jak wygląda, ale wiem już, jak pachnie. Nad Broumovem powoli zapada zmierzch.

Przez Broumov przepływa Ścinawka – rzeka wspólna, rzeka graniczna, rzeka przypominająca nam, że jesteśmy tu wszyscy na siebie skazani. Przechodzę nad jej płytkim nurtem ostrożnie stawiając kroki na drewnianym moście, którego deski wybielone są po zimie tak, że wydają się całkowicie nagie i odarte z historii.

A przecież nic tu się nie zmieniło. Niemieckie i czeskie napisy na murach łuszczą się z farbą, która nie widziała ręki od Wielkiej Wojny. Czerwień cegły jest cierpliwa, matowa, bierze w siebie upływ czasu, jak i bruk – na klasztornym dziedzińcu poskładany z łupków i ruin średniowiecznej zabudowy miasta, która tyle razy zdążyła się spalić.

W Broumovie został tylko barok. Barok jak ciastko z kremem, którego nie masz ochoty zjeść, bo gdy tylko go dotkniesz, pokruszy ci się w palcach i nigdy już nie zobaczysz nic równie delikatnego. To właśnie pomiędzy XVI a XVIII wiekiem miasto rozwijało się najpełniej, gromadząc bogactwa, dzieła, ludzi chcących tu budować swój przemysł, handlować, działać, żyć – i to życie czuć tu wyraźnie, te przeszłe blaski, migotania, drgnienia, choć w wykreślonych słodko na mapie Dientzenhofera ulicach wieczorem odbija się tylko echo.

Echo odbija się również wewnątrz husyckiego kościoła Wskrzeszenia, który znajduję o zmierzchu, o którym nigdzie nie mogę przeczytać i niczego się dowiedzieć, jakby była to wyrwa w czasie i przestrzeni; istotnie, takie odnoszę wrażenie patrząc na przyrośniętą do niego, cichą willę porośniętą bluszczem. Człowiek, jeśli był tu, to bardzo dawno temu. W oknach zakurzone draperie, na parapecie – świąteczna dekoracja kuriozalnie wyblakłych, poliestrowych wilczomleczy nadobnych przyprószonych złotkiem. Jestem pewna, że jeśli zbliżę się do okna, jeśli stanę na palcach, zobaczę martwe motyle powoli zmieniające się w kurz.

Szukam tu domu.

Przeglądam się w każdej z opuszczonych witryn dawno temu wymarłych sklepów. Wdycham mokry zapach wody płynącej pod klasztorem, bo to wciąż ten sam region, o którym opowiadam komuś zaledwie kilka dni (tygodni? lat?) temu, mówiąc, że to przecież normalne – że woda płynie tu pod wszystkim, że uczymy się z nią żyć w fundamentach, oswajamy ją we własnych piwnicach, a jej cichy szmer określa bieg czasu.

Znajduję tu portal z 1549 roku. Znajduję okna wypalone pożarem w barokowej kamienicy. Znajduję mury, pomiędzy którymi ktoś pali drzewo różane, wonne, aromatyczne, ten zapach mąci zmysły i unosi się sennie przynosząc noc, a wraz z nocą wiedzę, że wystarczy trzydzieści kilometrów od miejsca, w którym aktualnie żyję, aby znaleźć się po drugiej stronie lustra, w świecie, w którym można wyjść wieczorem na rynek i popatrzeć na niebo.

Szukam tu domu, znajduję tu dom.

Żyjemy pod tym samym niebem.

 

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.