Bookstagram to choroba współczesnej kultury
Książki, Kultura

#Bookstagram: jedna z chorób współczesnej kultury

Zawsze wydawało mi się, że internet to wspaniałe narzędzie, które pozwala nie tylko komunikować się ludziom z całego świata, ale przede wszystkim służy do zdobywania wiedzy oraz dzielenia się własnym dorobkiem (w różnych dziedzinach). Przeświadczenie to początkowo wzmogło powstanie mediów społecznościowych, bez których większość z nas nie wyobraża sobie dziś świata – ale ostatnio, wchodząc na Instagram, mam co do tego wszystkiego coraz większe wątpliwości.

Dla nie wtajemniczonych: Bookstagram, albo – w formie wyszukiwalnego słowa-klucza: #Bookstagram, to instagramowy ruch blogerek-recenzentek, które fotografują swoje biblioteczki jak i pojedyncze egzemplarze i dzielą się opiniami o czytanej literaturze ze społecznością serwisu. Ma też swoją rodzimą odmianę – to #BookstagramPL. Z pozoru wszystko brzmi miło, prawda?

Miło ogląda się również – przynajmniej przez pierwsze kilka minut – niemalże identyczne zdjęcia tych samych książek na wielu różnych, podobnych do siebie profilach. Bookstagrammerki książki pozyskują głównie w ramach współpracy z wydawnictwami, które cenią sobie możliwość pokazania produktu za darmo (za egzemplarz recenzencki) na profilach obserwowanych przez kilka(naście) tysięcy osób. Konwersja sprzedażowa przynajmniej w praktyce zapowiada się dzięki takiej promocji wręcz jak marzenie.

Nie wszyscy obserwujący konta Bookstagrammerek to jednak prawdziwi ludzie – o problemie mówiła już głośno Joanna z bloga Made by Gigi (w kontekście tej części Instagrama, która skupia się na rękodzielnictwie). Pisał też o nim Wojtek Kardyś w tekście zamieszczonym w serwisie Noizz. Popularną praktyką instagramowych blogerek książkowych jest kupowanie botów, które sztucznie pompują liczbę obserwujących na danym koncie, bądź też zamieszczają sztuczne komentarze i polubienia, dające wydawnictwom iluzję popularności profilu.

Co najczęściej znajduje się na Bookstagramach?

Nowości wydawnicze. Wszystkie. Niezależnie od kategorii. Chała też. Koniecznie w otoczeniu ledowych lampek (najlepiej, by były to gwiazdki na druciku) i białej szmaty (może być „artystycznie” pogniecione prześcieradło, ale pościel z Ikei też daje radę).

Więcej personalizacji? Nie ma sprawy.

Regał zastawiony książkami tak, że szpilka nie wejdzie pomiędzy poszczególne tytuły, koniecznie z popularnymi figurkami z serii o Harrym Potterze bądź z Pieśni Lodu i Ognia. Lampki wówczas umieszcza się na regale, można nimi obwiązać aktualnie promowaną książkę, oczywiście otrzymaną w „najnowszej przesyłce od wydawnictwa XYZ”.

Można też – zwłaszcza jesienią – pokazać nogi.

Koniecznie w grubych, wełnianych skarpetach, wyciągnięte kusząco w pościeli bądź na białej szmacie, z książką i kubkiem kawy / czekolady. Można też dostawić świeczkę bądź dookoła siebie rozciągnąć lampki.

Bardziej awangardowo – można oblać książkę kawą, podrzeć ją i sponiewierać w komentarzach wszystkie krytyczne względem takiego zachowania osoby (o mojej utarczce słownej z autorką zdjęcia, która wykorzystała w swojej pracy pogniecioną i pogiętą książkę, pisałam wcześniej na Twitterze i Facebooku).

Do tego „Hej, kochani” w opisie, mnóstwo popularnych hasztagów i kilka zachwytów nad tytułem przedstawionym na zdjęciu. Serduszka z zaprogramowanego bota sypią się jak szalone, kupionych obserwujących przybywa, a kolejne wydawnictwa przysyłają egzemplarze recenzenckie, które potem za kilkadziesiąt złotych wystawia się do sprzedaży na Allegro.

Megabiznes.

Czy #Bookstagram to naprawdę promocja czytelnictwa i zysk dla wydawnictw?

Moim zdaniem nie. Dlaczego?

Wydawnictwa w ten sposób uczestniczą w fikcji, która dochody (reputacja, konkretne pieniądze ze współprac marketingowych) przynosi przede wszystkim blogerkom. „Recenzje” (przypominam: recenzja to bardzo wymagający gatunek, po który sięgają doświadczeni publicyści i znacząco różni się ona od opinii) na Bookstagramie są sztampowe, ograniczają się do „Przeczytałam fajną książkę Wydawnictwa XYZ, a co wy dzisiaj czytacie kochani???”. Bardzo często książki pojawiają się u wielu Bookstagrammerek jednocześnie, co jeszcze bardziej odbiera kampaniom marketingowym z ich udziałem jakąkolwiek autentyczność. A przecież o to początkowo chodziło w marketingu na Instagramie – o oddziaływanie marki za pomocą wpływu realnych osób na innych.

Dziewczyny prowadzące Bookstagram bardzo często nie mają żadnego głębszego przygotowania, by *recenzować* literaturę. Jasne, czytać może każdy – i może dlatego też, aby utrzymać się na trudnym, drogim i chwiejnym polskim rynku wydawniczym szanowane niegdyś i kultowe wydawnictwa zaczęły dziś opierać się na kryminałach, które można kupić w kiosku i na poradnikach wydawanych przez celebrytów?

Bookstagrammerki nie promują czytelnictwa. Promują siebie. Książki są dla nich jedynie modnym gadżetem, elementem wystroju wnętrza, podobnego do milionów innych wnętrz fotografowanych na Instagramie (koniecznie biały regał Billy z Ikei za 169 złotych, koniecznie filiżanka z Home&You, koniecznie przekontrastowane, nazbyt żywe kolory na zdjęciu).

Instagram zaś nie pokazuje życia, a iluzję. Zakłamany, sztuczny, upozowany do zdjęcia kadr, za który spływają Dary Losu od firm (tu wydawnictw) i kasa na konto od agencji marketingowych współpracujących z blogerami. Instagram spłyca, ujednolica, kastruje czytelnictwo. Sprowadza je do kolejnej rundy „nowości”, która szturmem wjeżdża co tydzień już do największych sieciowych księgarni i która – jak moda odzieżowa – przemija i za dwa miesiące ląduje w koszu z przecenami. Bo ostatecznie, słabe książki na rynku się nie bronią. Nie pomoże tu nawet armia blogerek z botami.

Gdzie są w tym wszystkim Okruchy Kultury?

Czytam książki od niemal piątego roku życia (kiedy nauczyłam się samodzielnie czytać). Na Instagramie jestem od 2012 roku, czyli właściwie od samego początku tej społeczności. Książki, które czytam, pokazuję w internecie od niedawna – bo odkryłam, że mogę na polskim Bookstagramie robić swego rodzaju dywersję i wrzucać autentyczne, choć krótkie, opinie o literaturze, jaka przechodzi przez moje ręce. Poza tym na swoim koncie wrzucam zdjęcia z podróży i spacerów, a także kadry z życia zawodowego. Instagram to dla mnie swego rodzaju kronika życia i medium komunikacji ze znajomymi, którzy czasem nie muszą do mnie pisać, by wiedzieć, co mnie aktualnie zajmuje i gdzie mieszkam (a przeprowadzam się często).

Instagram to dla mnie także narzędzie edukacyjne. Jeśli mogę opowiedzieć komuś coś ciekawego o miejscach, książkach czy nowych technologiach – świetnie, cieszę się, że znajdują się amatorzy obserwujący mój profil. Prawdziwi, z krwi i kości. Nieopłaceni. I nie z Bangladeszu.

Recenzowaniem książek zajmowałam się kiedyś profesjonalnie (pisząc m.in. dla magazynu kulturalno-społecznego „Lampa” – ale Bookstagrammerki zapewne nie wiedzą, że taki tytuł istnieje). I może dlatego mam taki wstręt do spędzania wielu godzin na ustawianiu scenerii do zdjęcia takiej czy innej chały, którą aktualnie czytam, bo jestem przepracowana i mam gorszy dzień (i brak mi sił na np. nową książkę księdza Michała Hellera, który jest jednym z moich ulubionych współczesnych opowiadaczy świata).

Otrzymane – nieliczne – egzemplarze recenzenckie są dla mnie jak świętość, która dowodzi, że ktoś w Okruchach dostrzegł wartość, a nie tylko statystyki. Piszę zawsze uczciwie – nie kadzę i nie oszukuję dlatego, że ktoś wysłał mi książkę.

Bo książka – jakakolwiek by ona nie była – to cena nieadekwatna moim zdaniem, by aspirować do kupowania ludzkich opinii. Bookstagram jednak jest dowodem na to, że w kwestii literatury opinie mają dziś wyjątkowo niską cenę. Średnio – 34 złote za sztukę. Do kupienia w każdej, sieciowej księgarni.

Wartościowa społeczność istnieje

Na zakończenie – chcącym dołączyć do wartościowej społeczności czytelniczej, polecam ReadlistPL. Inicjatywa wolna od ledów, białych szmat i książkowych oszukistów. Nie, nie mam z nią nic wspólnego – jedynie przyglądam się z daleka i kibicuję.

Standard

9 thoughts on “#Bookstagram: jedna z chorób współczesnej kultury

  1. Jarek Przęczek says:

    Dziękuję za ten wpis. Za to obnażenie fałszywych „recenzji”, za obnażenie „recenzentów”.
    Ktoś na Twoim profilu na Insta napisał, że przynajmniej książki są pokazywane. Tak, są. Dla nas, osob, które książki czytają i naprawdę to lubią, to może być nawet zachęta (kawa, łóżko i książka to częste pragnienie wobec kilku godzin pracy fizycznej), ale dla innych już niekoniecznie.
    Samo zdjęcie nie zachęci do czytania.
    Zachwyty, sztampowe słowa o „zawartości” też.
    Dziękuję Ci za wszystkie wpisy.
    Pozdrawiam!

  2. Anna Karczewska says:

    Jak ja nie lubię takich tekstów! Po pierwsze: na Insta są też blogerzy – mężczyźni, pisząc tylko o głupiutkich dziewczynach z kawą i skarpetką, które nie czytają, tylko się promują po pierwsze dajesz dowód nieznajomości tego świata, po drugie sugerujesz, że mężczyźni potrafią czytać lepiej, recenzować lepiej i tylko durne laski sobie nie radzą z tematem „prawdziwych recenzji” i muszą się uciekać do stylizacji. Po drugie: jeśli mamy faktycznie promować czytelnictwo, to oczywiste jest, że grupę osób czytających w Polsce należy rozszerzać. Nie wyśmiewać tego, że ktoś czyta popularne tytuły, że robi książkom zdjęcia (jakie by nie były) i nie pisać z jadem o kimś, kto z dumą mówi o tym, że czyta. Recenzje w prasie w zasadzie przestały istnieć, z anten radiowych znikają programy o książkach, telewizja totalnie nie nadąża za rynkiem i uważam, że to wspaniałe że ludzie nadal chcą czytać i chwalić się tym czytaniem. A forma? Każdy czyta to, co lubi i zobi takie zdjęcia, które wydają mu się dobre. Jeśli chociaż 2% z folołersów przeczyta dzięki ładnemu zdjęciu więcej książek, to znaczy, że cel został osiągnięty.
    A no i pisanie z przekąsem o regale Billy za 169 złoty jest już totalnie słabe. Czy to znaczy, że kupowanie tanich mebli jest obciachem? Kurcze, ja wolę kupić tani regał i więcej książek. A Pani?

    • Na wątek o zabarwieniu antykobiecym we własnym tekście bym nigdy nie wpadła, gdyby nie Pani komentarz. Nie wiedziałam nawet, że mam takie intencje! Dziękuję za możliwość wglądu w nieznane mi zakamarki własnej głowy, gdzie czai się antyfeminizm i pokłady męskiego szowinizmu… szkoda tylko, że nie ;)

      Do reszty się nie odniosę, bo mam wrażenie, że nie zrozumiała Pani istoty mojego szyderczego wpisu. Wiem, że na jego ponowną lekturę pewnie nie ma Pani ochoty, ale może jednak to by coś pomogło przemyśleć. Na spokojnie.

      Ja nie krytykuję żadnej formy promocji czytelnictwa, ja krytykuję jego spłycanie oraz symulacyjny biznes instagramowy.

      • Rafał says:

        Czytelnictwo zawsze było bardziej płytkie niż głębokie. Więc tu nie rozdzierałbym szat.

        Nie rozumiem tylko, czym jest ten symulacyjny biznes instagramowy.

  3. Ciekawy wpis – jestem blogerką/instagramerką, której followersów nie liczy się w tysiącach, a co najwyżej w dziesiątkach i też używam tego hashtagu. Nigdy nie kupuję żadnych botów, ale to wpisy na temat książek zbierają najwięcej „serduszek” – od prawdziwych ludzi, którzy często wymieniają ze mną opinie na temat danego tytułu. Zdarzyła mi się też recenzja dla promocji, ale miałam po tym taki niesmak, że był to jeden jedyny raz. Uważam, że jednak zdjęcia książek (u mnie bez prześcieradeł i lampek, a np. w kontekście) mają wartość, o ile kryją się za nimi prawdziwi ludzie skłonni do rozmowy. Pozdrawiam!

    • Ja też korzystam z tego tagu. Wrzucam tam zdjęcia, których nie stylizuję specjalnie, ale piszę szczere opinie na temat tego, co czytam. Proszę zostawić swój adres – chętnie zaobserwuję!

      • A propos stylizacja: co w przypadku kiedy wrzucam stylizowane zdjęcie dobrej książki? To już jest OK?

        Bo ja uważam, że wejście na Instarama (czy do jakiego kolwiek innego medium) wiąże się po pierwsze z akceptacją jego stylistyki, a później wykorzystaniem jej dla swoich celów – tu np. do promocji dobrego tytułu.

        Zawsze w takich rozmowach podaję przykład: kiedy misjonarze chcieli nawracać ludzi na chrześcijaństwo, to np. tłumaczyli Biblię na język tych, których chcieli nawracać. Skoro my chcemy zachęcać do czytania książek, które uważamy za wartościowe też musimy przyjąć język tych, do których mówimy, żebyśmy zostali lepiej zrozumiani.

  4. Aldona Mackiewicz says:

    Też wkurzają mnie kolejne perfekcyjnie wystylizowane zdjęcia książek i kawy, kocyków, skarpet itp, których zadaniem jest polecać nowości wydawnicze. Jednak w naszym pięknym kraju jest taki ogrom spraw wkurzających bardziej: brak kultury, chamstwo, nienawiść do drugiego człowieka, konsumpcjonizm, zanik prawdziwych kontaktów międzyludzkich, że #bookstagram i wszystkie jego negatywne aspekty to naprawdę nic takiego. Myślę, że ma więcej pozytywnych stron: promuje książki, a kto czyta książki temu otwiera się umysł na innych ludzi, inne style życia, inne poglądy. Powtarzam za jednym z poprzednich komentarzy: jeśli mały odsetek z rzekomych botów to prawdziwi ludzie, którzy dzięki ładnemu (według nich) zdjęciu zajrzą do książki i ta książka przekona ich do innych książek, to świat będzie lepszy. Moim zdaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *