Kiedy myślimy o secesji w kontekście Czech, pierwszym skojarzeniem najczęściej jest Alfons Mucha – malarz, artysta grafik i projektant przedmiotów użytkowych, a wreszcie rzeźbiarz, którego prace zna cały świat. Mało kiedy jednak i przez niewielu wspominany jest Felix Jenewein, który żył w latach 1857 – 1905; również malarz i grafik, ale także dekorator i ilustrator, a przede wszystkim – wielki outsider.
Jenewein urodził się 4 sierpnia 1857 w Kutnej Horze, miejscowości, której z pewnością nie trzeba przedstawiać nikomu, kto śledzi mnie na Instagramie. Do miasta, którego historyczne centrum wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO, będziemy niejednokrotnie wracać, nie tylko w ulotnych mediach społecznościowych, ale i tu. Dziś jednak skupimy się na postaci jednego z jej wybitnych mieszkańców, którego nie poznałabym, gdyby nie sierpniowa wizyta w kutnohorskiej miejskiej galerii sztuki, gdzie odbywała się czasowa wystawa jego prac.

Życie Jeneweina nie było spektakularnie skandaliczne, jak to miało miejsce w przypadku wielu wziętych artystów. Nie był w swoich czasach celebrytą. Prawdopodobnie nie lubił rozgłosu. Uczył się na uczelniach artystycznych w Pradze i w Wiedniu, ale studia ostatecznie porzucił, bo nie było mu po drodze z tym, co za słuszne uważali nauczyciele.
Prawdopodobnie, gdyby nie polichromie w kościele wotywnym w Wiedniu i prace przy renowacji praskiego Rudolfinum, o Jeneweinie nie byłoby głośno wcale – jego prace graficzne i malarskie były uważane w czasie jego życia za zacofane i zbyt przesiąknięte duchem religijnym; dlaczego? Wyewoluował z romantyzmu do stylu secesyjnego, zanurzył się też w symbolizmie i poddał wpływowi wiedeńskiego ruchu nazareńskiego. Nie miał wielkich zleceń. Żył ubogo, w latach 80-tych XIX wieku właściwie ledwo wiążąc koniec z końcem.
W 1896 roku, mimo polecenia go na kierownika katedry malarstwa religijnego i historycznego na praskiej akademii sztuk pięknych, mianowania nie dostał. Rok później podobną porażkę przeżył w kontekście akademii wiedeńskiej. Można śmiało powiedzieć, że jedynym rokiem, w którym Felix Jenewein odniósł jako takie sukcesy, był rok 1891. To wtedy na praskiej Wystawie Jubileuszowej dostał drugą nagrodę za swoje prace. Wtedy też pojechał na stypendium do Włoch, gdzie dostał zamówienie na portret św. Franciszka z Asyżu.
Zmarł w 1905 roku, w wyniku udaru. Gdyby nie jego żona, prace Feliksa Jeneweina nie byłyby być może szerzej dostępne. Na wystawie, którą oglądałam w sierpniu w Kutnej Horze, dopisek informujący o tym, że dany przedmiot czy dzieło zostały przekazane miastu właśnie przez wdowę po Jeneweinie, Marię Stehlíkovou, z zawodu nauczycielkę, która taką decyzję podjęła w 1941 r. w stosunku do ponad 200 obiektów, obecny był niemal wszędzie.

Portrecista śmierci
Tematyka większości prac Jeneweina oscyluje wokół eschatologii. Może właśnie dlatego tak mnie urzekły – jak doskonale wiecie, to motyw bardzo mi bliski. Jeneweinowa eschatologia to zarówno śmierć w wymiarze ludzkim, jak i boskim, ale też opowieść o końcu świata widzianym jako wojna, epidemia, lub też przez pryzmat religijny, jako apokalipsa. Nic dziwnego, że Jeneweina zaczęto odkrywać po jego śmierci, kiedy nad Europą unosił się mdły zapach przełomu stuleci i końca pewnej epoki, zwiastujący nadejście nowego – czym było to nowe, wszyscy przekonali się w 1914 roku.



Detalista i uważny obserwator
Poruszając się po wystawie zawierającej wiele różnych rodzajów prac Jeneweina, na dłużej zatrzymałam się przy jego szkicach ołówkowych i węglowych. To one najwięcej zdradzają na temat umiejętności artysty – zarówno od strony czysto technicznych umiejętności, jak i jego psychologii. Jenewein był człowiekiem cierpliwym i zdecydowanie miał dar obserwacji – a przynajmniej tak opowiadają o nim jego studia nad ludzkimi sylwetkami, szczegółami ciał, a także – wydawałoby się – drobiazgami takimi, jak załamania w tkaninach (nawet tam, gdzie oko widza z pewnością na dłużej się nie zatrzyma).

Ta umiejętność obserwacji i dbałość o szczegóły wypłaca się w wielu pracach Jeneweina:


Świadomy użytkownik koloru
Kolor w pracach Jeneweina jest tak samo ważny, jak szczegół. To dzięki niemu możliwy jest dramatyzm wielu jego grafik i ilustracji – kolory tworzą atmosferę grozy, duszności, budują niepokój i informują o czającej się w pobliżu śmierci nie mniej sprawnie, niż obecne w pracach artysty kruki.
Barwy są dla Feliksa Jeneweina narzędziem komunikacji, używa ich teatralnie, nie estetycznie – i może dlatego właśnie tak mnie to zafascynowało. Dodatkowo, kolory w jego pracach są zgaszone – nie mamy tu do czynienia z żywymi, tryskającymi oczywistą ekspresją odcieniami, które walą widza po głowie dosłownością. Wygaszone, jakby zamglone obrazy Jeneweina oddziałują na emocje znacznie bardziej intensywnie, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z tematami eschatologicznymi, czy z motywami religijnymi.


Jenewein to postać ciekawa, a jego prace są ożywczą odmianą od cukierkowego stylu Alfonsa Muchy, który w powszechnym rozumieniu stał się chyba synonimem nie tyle czeskiej secesji, co secesji w ogóle. Galeria miejska w Kutnej Horze regularnie organizuje wystawy prac Feliksa Jeneweina, który pochowany jest też na miejscowym cmentarzu. Warto śledzić, czy ekspozycja nie odbywa się znów – i poświęcić chwilę na samodzielne zmierzenie się z jego pracami, których jest o wiele więcej niż te, które pokazałam w tekście w ramach ilustracji. Jenewein zdecydowanie zasługuje na szersze rozpoznanie i publiczność – a że czasy, w których żyjemy dla wielu noszą znaki tych ostatecznych, tematyka jego dzieł wpasowuje się w szerszy dyskurs niemal idealnie.
