Życie

Nie chcę życia jak z reklamy

Z zaklejonych ohydną folią okien spoglądają na mnie wyretuszowane, niemal śliskie twarze kobiet i mężczyzn około trzydziestki, w towarzystwie kilkuletnich dzieci. Obowiązkowo uśmiechnięci, z reguły – blond. Schludnie ubrani. Do obrzydzenia radośni. Reklamują kredyty hipoteczne w bankach, od których kilka lat temu zaroiła się ulica Świętojańska w Gdyni.
Przebiegam nią dzisiaj roznosząc tu i tam swoje CV, bo kilka dni temu znów przeprowadziłam się na Pomorze i szczerze wierzę, że uda mi się dobrze przeżyć jeszcze choć trochę czasu w Polsce.
Reklamy kredytów są jak porzucony w opuszczonym lunaparku strój clowna.
Są demoniczne. Czytaj dalej

Standard
Varia

Co poszło nie tak, albo tekst o niczym

Poczułam dzisiaj, że nie chce mi się dłużej prowadzić tego bloga. A dzień zaczął się tak pięknie; miałam zamiar napisać Wam dobry tekst o Wrocławiu. O odkrywaniu miasta inaczej, niż to proponują mainstreamowe przewodniki i produkowane przez wydział marketingu urzędu miasta materiały.
Potem jednak przypomniałam sobie reakcję jednej z osób na Twitterze, kiedy zapowiedziałam przedwczoraj tekst o historii sztuki; “ktoś to w ogóle czyta?” i zrobiło mi się tak trochę nieswojo. Czytaj dalej

Standard
Sztuka, Zapiski z podróży

Potężna lekkość – o stylu gotyckim

Nie zrozumiesz gotyku, jeśli nigdy nie spróbujesz narysować katedry.
Nie zrozumiesz go, jeśli chociaż raz nie pozwolisz uwieść się strzelistym prostym, które biegnąc w nieskończoność, w przestworza, wyznaczają wertykalność tego stylu, lekkiego, uduchowionego, powstałego na cześć i chwałę Dziewicy Maryi.

Gotyk w architekturze był tym, co sprawiło, że zafascynowała mnie historia sztuki jako taka. W czasie, kiedy postrzegałam go przez pryzmat barwnych, ręcznie malowanych witraży Chartres i Reims, które mogłam oglądać tylko na kartach albumów o sztuce, jakie znajdowały się w biblioteczce mojej Mamy, zapragnęłam, że kiedyś zobaczę katedry na własne oczy.

Jakkolwiek nazwa stylu została użyta po raz pierwszy w 1550 roku przez Vasariego, to początki jego można datować na połowę XII wieku. Rodzi się we Francji i Francja naznacza wszystkie jego odmiany, nie wyłączając mrocznego gotyku niemieckiego, dolnośląskiego (który dopiero od niedawna poznaję), a nawet włoskiego, niepogodzonego z upadkiem dawnego Imperium, którego sere znajdowało się na terenach Italii.

Dziwny, bardzo spójny i piękny to styl, który najlepiej opowiadają dwie rzeczy pozornie tylko od siebie oddalone; matematyka i wiara. Kult Maryi, który od XII wieku rośnie w siłę w Europie, odciska swoje piętno na sztuce, darowując jej cudowność miękkiej rzeźby (Madonny w charakterystycznej pozie kontrapostu), jak i świątynie poświęcone Matce Boskiej – katedry będące wyrazem uwielbienia i małości człowieka o strzelistym jednak sercu.
To strona duchowa. Architektonicznie i matematycznie zaś, wysokość, przestronność i lekkość kościołów to kwestia konstrukcji, a zwłaszcza oświetlenia, które było najtrudniejszym problemem stojącym przed ówczesnymi budowniczymi. Znano cyrkiel i kątownicę – podstawowe, najprostsze narzędzia, dzięki którym uzyskiwano całe bogactwo gotyckich kształtów, przestrzeni i ozdób.

Ogromny obszar oddziaływania sztuki gotyckiej to tak naprawdę cała Europa; połączona wspólną mową (lingua latina), ideą (chrześcijaństwo) i sztuką (już romanizm był uniwersalny) dobrze znosiła tworzenie się w jej wnętrzu poszczególnych państw narodowych, które już wkrótce miały odegrać kardynalną rolę w teatrze dziejów, ze starych katedr nierzadko czyniąc sobie panteony.

[Wszystkie zdjęcia w galerii – mojego autorstwa, znajdziecie je na Instagramie: @Apsalaar

Standard
Varia

Nie tylko Mur Berliński

Przestrzeń wokół Bramy Brandenburskiej z reguły jest za ciasna, by myśleć w niej o czymkolwiek. Wypełniona turystami, zatłoczona do granic możliwości, skomercjalizowana przez przechadzających się w tę i z powrotem sprzedawców kiczowatych pamiątek. Czytaj dalej

Standard
Zapiski z podróży, Życie

Zapiski z podróży (IX). Na granicy

Droga na południe Europy. Jedna z moich najbliższych, najbardziej rozeznanych i zapamiętanych dróg. Jedna z tych, którymi mogłabym poruszać się bez mapy (i mam wrażenie, że od ostatniego czasu, kiedy tędy jechałam, zapamiętałam tak idealnie kształt i charakter każdej mijanej miejscowości, każdego wzniesienia, czy też charakterystycznego, niepowtarzalnego znaku w przestrzeni – niech będzie to przekrzywiony drogowskaz, restauracja z brudną toaletą, papieros palony na parkingu u przedproża Alp, siedem lat temu).

Ta droga jest jak powrót do domu po latach. Zwłaszcza granica polsko-czeska, pierwsza granica, jaką przekraczać, która jest zarazem granicą mentalną; opuszczone od dziesięciu lat terminale osobowej odprawy granicznej, puste, dewastujące się powoli z czasem budynki, które wyjada niczyjość i głęboka nieprzydatność. Ideologicznie, rozgraniczenia pomiędzy krajami strefy Schengen upadły. Gospodarczo, mentalnie, psychicznie – nigdy nie były oczywiste bardziej, niż dzisiaj. Dorosłam i zdaję sobie z nich sprawę.

Ziemia przy granicy polsko-czeskiej to ziemia niczyja. Za każdym razem, gdy na nią trafiam, spotykam nomadów wszelkiej narodowości i proweniencji, palących papierosy spokojnie, z wyrazem twarzy pokerzystów, przezornie chowających oczy za fosforycznymi, przeciwsłonecznymi „aviatorami”. Nikt nie potrzebuje niezagospodarowanych, opuszczonych przestrzeni służących kontroli tożsamości i zamiarów podróży tych, którzy przekraczają tę granicę; niegdyś oczywista kontrola stała się dziś naszą prywatną sprawą, rzeczą, której dokonujemy sami, pisząc o celach naszych podróży na Facebooku i w innych mediach. Kontrolujemy się samodzielnie, a rolę celników przejęli „znajomi znajomych” i publicznie udostępniane statusy.
Przestrzeń w pobliżu terminali, jak wspomnienie czasów, o których z odrazą dziś mówi się i myśli, wypełniają elektrownie, zakłady przemysłowe i hale. Ich brud, żelazny osad opiłków i ciepło gazów są jak kontrola – ciężkie, wypchnięte poza granice czeskich miasteczek, tak gościnnych przecież, zapraszających piekarnią, piwnym barem i rynkiem, w którym niepodobna się nie zakochać.

Powietrze tu pachnie inaczej. Wiem, że jeszcze kilkanaście godzin. Że jeszcze nie można odpocząć, bo przede mną Alpy, wysokie, złowrogie góry odbierające i życie, i duszę. Że całe Czechy i ciche, mroczne tunele pod Wiedniem, przez które przemyka się o tej szczególnej porze, w której wszystko śpi, oprócz drukowanej właśnie prasy, mającej następnego dnia posłużyć jako podkładka pod kawałek sera i szklankę z czarną kawą przy pospiesznie jedzonym śniadaniu gdzieś, na przypadkowej stacji Esso.

Droga na Południe. Zmienna, ale wciąż taka sama, dobrze znana, niebezpieczna i przepiękna.
To właśnie tutaj, kiedy przemierzałam ją po raz pierwszy, zrozumiałam, że nigdy nie osiądę. Że nie mam gdzie osiąść. I nie mam czego szukać w spokojnym życiu.

11 lipca 2014

 

Standard
Lublin o zachodzie słońca
Zapiski z podróży

O pięknym Lublinie i krzywdzących stereotypach

Lipcowy wieczór. Upalne powietrze miesza się z zapachem wilgoci uwalniającej się z liści potężnych drzew rosnących w Parku Saskim. I światło miejskich latarni, pomarańczowe, ciepłe, wydobywające ten szczególny, właściwy tylko dla lipca genius loci miasta. To Lublin. Czytaj dalej

Standard
Budynek opuszczonej księgarni
Kultura

Polska (nie)kulturalna

Dyskusja o Golgota Picnic skłoniła mnie do zastanowienia się nad szerszym aspektem tego, czym jest kultura w Polsce. Jaka jest jej dostępność? Czy nie jest przypadkiem tak, że kultura w naszym kraju jest tak naprawdę przywilejem nielicznych, lub – z innej perspektywy – przewinieniem (głównie dzięki piractwu) większości…? Czytaj dalej

Standard