Ile zostanie w nas człowieczeństwa, czyli „Miasto ślepców” José Saramago

Jose Saramago Miasto Ślepców recenzja - okruchykultury.pl

Skoro nie możemy żyć jak ludzie, postarajmy się przynajmniej nie żyć jak zwierzęta.

***

Na pogrążone w codzienności miasto pewnego dnia spływa mleczna biel. Początkowo kapie delikatnie, zalewając oczy Pierwszego Ślepca, który w panice biegnie do Okulisty. Ten traci wzrok następnego dnia rankiem, kiedy orientuje się, że oprócz jasności zniknęło wszystko inne. Powoli – choć jeszcze tego nie wiemy – biała fala zalewa całe miasto.

Zanim jednak oślepnie metropolia, a wraz z nią cały kraj – do akcji wkroczy rząd, który w trosce o obywateli odizoluje nosicieli ewidentnie zakaźnej, „białej ślepoty” jak ją umownie nazwano, w opuszczonym i niezdatnym do zamieszkania budynku dawnego szpitala psychiatrycznego.

***

Wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, z obojętności i zła, pół na pół.

Jak poradzić sobie w sytuacji, gdy nagle traci się wzrok, jedyny zmysł, który osadza nas w świecie? Jako ludzie jesteśmy istotami okulocentrycznymi. To, jak wchodzimy w interakcje z otoczeniem, zasadza się na tym, co postrzegamy. Wzrok zapewnia nas o prawdziwości, wzrok pozwala stwierdzić istnienie bądź nieistnienie, ma więc w sobie coś z mocy współ-stwarzania świata (lub wielu naszych intersubiektywnych światów). Wzrok, który nosimy wysoko, oderwani od ziemi wyprostowaną postawą pozwalającą nam twardo stać na dwóch nogach, odróżnia nas w powszechnym pojęciu od zwierząt, dla których w przeważającej mierze znacznie ważniejszym zmysłem jest węch. Utratę wzroku możemy więc symbolicznie rozumieć jako utratę człowieczeństwa.

Ale czy na pewno?

Łatwo prowadzić uczone dysputy, gdy ciału nic nie dolega, na przykład można się rozwodzić nad tym, czy istnieje bezpośredni związek między oczami i uczuciami, zastanawiać się nad tym, czy odpowiedzialność jednostki zależy od dobrego wzroku, ale gdy żołądek daje o sobie znać, kiedy buntuje się ciało, a wnętrzności przeszywa ból, upodabniamy się do zwierząt.

Osadzeni w odizolowanym od otoczenia ośrodku ślepcy pilnowani przez panicznie przerażonych wojskowych grożących im śmiercią zaczynają walczyć między sobą. To nieprawda, że utrata wzroku wszystkich osłabiła jednakowo – w niektórych umysłach mleczna jasność, która odebrała im widzenie, zrodziła okrucieństwo, do jakiego nie byłyby one być może zdolne, gdyby mogły spostrzec, komu i jaka krzywda jest wyrządzana. W powstałej, chorej hierarchii o przewadze może stanowić jedynie zdolność do zadawania śmierci. Śmierć jako dominacja ostateczna – wymykająca się ślepym ograniczeniom.

Czy człowiek doprowadzony do ostateczności z głodu i rozpaczy, dominujący nad życiem innego, równie cierpiącego człowieka bezwzględnością, przemocą i żądzą wciąż jest zdolny do refleksji moralnej?

Każdy z nas nosi w sobie coś, czego nie można nazwać, ale co stanowi prawdę o nas samych.

Ta prawda to – jak każe mi sądzić lektura „Miasta ślepców” – fakt, że kruche normy społeczne, które trzymają w ryzach nas wszystkich, są gotowe pęknąć w każdej chwili. Wystarczy kryzys. Taki, który będzie nam bliski i który nie pozwoli wyrugować się na granice świadomości ze względu na swoją przyziemną i oczywistą odczuwalność, zdolność rozbijania na proch życia każdej jednostki z osobna.

Zbiorowość, wspólnota to fikcja. Zwłaszcza w czasach zarazy. O tym jest właśnie książka Saramago.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *