Brexit. Jaka piękna katastrofa

Londyn w połowie czerwca to wrząca mieszanina śmiechu, krzyków (mecze mistrzostw Europy w piłce nożnej), zapachu jeszcze nie przejrzałych, zielonych liści rosnącej za oknem lipy. Mieszkam w najpiękniejszym kwartale Camden, upajam się tym miastem, na wyciągnięcie ręki mam wszystko, o czym zawsze marzyłam – antykwariaty księgarskie, pyszną, świeżą kawę i ogrody, w których można zapomnieć o całym świecie. Z radością obserwuję ludzi, przeróżnych, przepięknych, którzy w swojej wzajemnej odmienności są nieodłączną częścią tego miasta. Tworzą je, formują – bo o Londynie powiedzieć można wszystko, ale nie to, że jest bezkształtny i bezsensowny.

Za mniej niż 24 godziny tu i w całej Wielkiej Brytanii rozpocznie się referendum w sprawie opuszczenia przez nią Unii Europejskiej.

***

Jestem tu od niemal roku. W ciągu jedenastu miesięcy wrosłam bardzo w ten kraj, odnajdując tu radość silniejszą, niż jakiekolwiek smutki. Zachwyca mnie brytyjska historia, choć trudno dziś szukać śladów dawnej świetności niegdysiejszego Imperium poza dziedzictwem zabytków architektury, malarstwa i szczątkami dumy z unikalnej formacji intelektualnej, którą udało się stworzyć na Wyspach.

Anglia wciąż śni o potędze, pełno w niej jednak subtelności – wystarczy pojechać na zieloną, angielską wieś do Dorset czy Norfolk.
Walia oczarowała mnie dumą i siłą maleńkiego, walecznego narodu, który na każdym kroku zaznacza swoją odrębność i niezależność.
Szkocja wciąż przyciąga surowością przyrody, uwielbieniem tradycji i hartem ducha.

Królestwo jest “zjednoczone” niestety tylko z nazwy. Tworzące je kraje i narody są skłócone, a w rozmowach z ludźmi i obserwacji polityki wewnętrznej silnie narzuca się wrażenie, że Anglia eksploatuje mniejszych członków brytyjskiej unii.
Wyjście z Unii Europejskiej na pewnym etapie miało być czynnikiem, który sprawi, że Wielka Brytania znów będzie razem. Że społeczeństwo poczuje jedność, nie tylko na gruncie tożsamościowym, ale i gospodarczym, wchodząc w tzw. “nowoczesny patriotyzm”. W ciągu roku trwania kampanii okazało się jednak, że zamiast jednoczyć – kwestia “Brexit” Zjednoczone Królestwo jeszcze bardziej poróżniła, ujawniając podziały, o których wielu wcześniej być może nie miało pojęcia, bądź spekulowało o ich istnieniu tak, jak myśli się o dość nieprzyjemnych snach.

***

Wielka Brytania przez lata była ucieleśnieniem ideału otwartego społeczeństwa, świadomego zagrożeń, jakie niesie ze sobą ekstremizm. Pomogła kolonialna przeszłość Imperium, które w pewnym momencie musiało uporać się z przykrym dziedzictwem i przyjąć do siebie ludzi z krajów, które niegdyś eksploatowało; dziś Pakistańczycy, Hindusi, Nigeryjczycy to integralna część brytyjskiego społeczeństwa (o tym, jak trudno jednak odgrywać równą rolę w sferze publicznej gdy jest się obcym, najlepiej może opowiedzieć Sadiq Khan, nowy burmistrz Londynu). Zjednoczone Królestwo oparło swoją filozofię istnienia na połączeniu merytokracji i unikalności. I owszem, udało się stworzyć coś wyjątkowego – wraz z zachowaniem podmiotowości i wyjątkowości, Wielka Brytania – ten kraj stojący na pograniczu pomiędzy wartościami Starego Kontynentu a Ameryką, przez dziesięciolecia była integralną częścią projektu europejskiego.

Kampania przed referendum, w którym Brytyjczycy zdecydują, czy chcą z Unii Europejskiej wyjść czy w niej pozostać, ujawniła (a może wytworzyła?) pęknięcie w społeczeństwie na Wyspach. Ukierunkowanie wszystkich negatywnych emocji na imigrantów z Unii (w tym na Polaków), wzrastająca ksenofobia i nienawiść do wszystkiego, co kontynentalne. Manipulacje prasy codziennej (tej brukowej przede wszystkim) – ile to razy denerwowałam się, widząc gigantyczne nagłówki o polskich gwałcicielach, nad którymi nie ma kontroli, bo Unia to swobodny przepływ ludzi. Wreszcie – zwiększająca się wrogość człowieka do człowieka, która w podzielonej Polsce nikogo nie dziwi, ale tutaj – szokuje. Brytyjczycy w kampanii tracą wszystko, co zostało z ich intelektualnej i moralnej wielkości (i nie, nie mówię tu o spektaklach pana Farage’a, a raczej o politycznym żerowaniu na niedawnej śmierci Jo Cox, posłanki Labour, która brała udział w kampanii za pozostaniem w UE. Tak, zamordował ją ekstremizm). Tracą też samą Wielką Brytanię, a za chwilę zamiast niej zostanie grupa podzielonych, skłóconych krajów bez jakiegokolwiek łączącego elementu.

***

Tymczasem, w ostatnie popołudnie przed 23. czerwca Londyn jest ciepły. Zbiera się na deszcz. Obserwuję, jak na skrytym w liściach balkonie starej kamienicy naprzeciwko ktoś rozwiesza pranie. Słyszę w oddali szum ruchliwej ulicy, krzyki bawiących się na podwórku dzieci. Stukanie szklanek w restauracji przed domem. Śmiech.

Życie toczy się i będzie toczyło dalej – nawet, jeśli Wielka Brytania na zawsze straci wielkość. Zmian, które zaszły tu podczas roku kampanii (politycznych, społecznych, mentalnych) i tak nikt już nie cofnie.

Gosia Rybakowska