O zajmowaniu przestrzeni

Robię dzisiaj porządki w mieszkaniu, połowicznie ostateczne, do ścian, do podłogi, do okien. Rozbieram szpitalny wieszak z letnią odzieżą; jedwabie, koronki, subtelność i ulotność, efemeryczne emocje, słońce i szmery smutku.

Dopieszczam palcami spódnicę, tę bawarską, czarną, w kwiaty, podszytą od dołu kremową gipiurą i aksamitną marynarkę ze złotymi guzami, dwurzędową liberię prostującą kręgosłup.

Sznurowane trzewiki z błyszczącej skóry, idealnie niewielkie, wypolerowane do marzeń.

***

Moje posiadanie i bycie mieszczą się w dwóch pudełkach 80x40x40 i w dwóch mniejszych – 40x20x20. Mam jeszcze książki i kota.

***

Od dawna wiem, że oznaką ludzkiej szczęśliwości jest chęć do zawładnięcia przestrzenią za pomocą przedmiotów i uczuć. Krucha, ale tak śliczna porcelana. Szkło. Fotografie (z biegiem czasu blaknące i zatarte nawet we wspomnieniach, które utrwalają – a może zwłaszcza tam). Człowiek, kiedy mu dobrze bierze sobie miejsce i rozprzestrzenia się w nim, wypełnia je sobą i wówczas nazywa domem.

Minimalizuję swoje życie, swoje bycie, przebywanie.
Minimalizuję skutecznie, pozbywając się rzeczy, zajmując coraz mniej przestrzeni. Tak, by w każdej chwili móc powiedzieć, niczego nie potrzebuję, mogę już iść. Znikąd, do nigdzie. Mogę już iść.

Nie umiem w rozprzestrzenianie się poza własną głową;
Kiedyś może będę miała innego kota, dębową podłogę i dwie pary stóp, nieidealnych i jakoś dziwnie podobnych, i doniczki z lawendą na schodach.
Myśli nie zajmują dużo miejsca.
Istnieją dyskretnie i po cichu.

Gosia Fraser
  • BGN

    Zazdroszczę! Powiedz mi: jak zniwelowałaś problem przenoszenia np. swoich ubrań albo talerzy/sztućców/podobnego badziewia?

    • Mam tego jedno pudełko o wymiarach 80x40x40.
      Nie potrzebuję więcej.

      • BGN

        Gosiu, jakieś praktyczne porady jak zmniejszyć ilość klamotów w swoim życiu? To jest tak: potrzeba rodzi potrzebę. Chcesz kawy? Proszę bardzo, targaj ze sobą ekspres. Chcesz mieć na czym jeść? Targaj ze sobą naczynia. Lubisz rower? Targaj ze sobą rower.
        Mam powoli dość po prostu…

        • Nigdy nie miałam ekspresu do kawy (a kocham kawę jak wiesz – sypaną, czarną szmatę – taką piję od zawsze). Naczynia? Mam kilka ulubionych z Bolesławca. Nie zajmują dużo miejsca. Dwa talerzyki, dwie filiżanki, dwa kubeczki. Rower? Zawsze mogę go wypożyczyć/kupić sobie na miejscu, w którym osiadam na dłużej.

          Musisz zdać sobie sprawę ze swoich rzeczywistych potrzeb – i mieć te rzeczy, które są Ci NAPRAWDĘ przydatne. Reszty nie potrzebujesz/jest łatwo zastępowalna.

  • Marze o tym, by móc spakować się do jednej walizki, do kilku małych pudełek. Sukcesywnie oczyszczam swoją przestrzeń z rzeczy mi niepotrzebnych, zbędnych, które tylko zbierają kurz. Mam nadzieję, że w końcu mi się uda.

    • To wykonalne. Ale powoli i nie bez pomyślunku: kiedyś wyrzuciłam trochę za dużo ubrań. ;)
      Teraz nauczyłam się inaczej: kupuję tylko wtedy, kiedy naprawdę czegoś potrzebuję. Nie gromadzę. To jest lepsze, niż redukowanie.

      • No właśnie! Przejrzałam zawartość swojej szafy i i tak zwykle chodzę w małej części tego, co mam – w tych, które najbardziej lubię. Co jakiś czas odrzucam z niej kolejne ciuchy i wcale nie zauważam ich braku. Najchętniej, to bym wywaliła wszystko i skompletowała swoją szafę od nowa ;)

  • Pequeninha Doçura

    A ja chyba jestem uzależniona od wyrzucania rzeczy. Tak średnio na dwa tygodnie wyrzucam papiery, okropne nietrafione prezenty, nienoszone buty i ubrania. Książki, które mnie rozczarowały, a więc do diabła z nimi. Rzeczy, których może kiedyś będę potrzebować…. Nie będę potrzebować. Też czuję wtedy trochę taki haj wolności, bo odcinam się od wielu potencjalnych objazdów i upewniam się, że jestem na dobrej ścieżce :) Pozdrawiam

    • Wyrzucanie rzeczy mnie boli. Staram się ich tak po prostu nie gromadzić.
      Był czas, kiedy nie miałam/nie mogłam sobie niemal na nic pozwolić. To jest trochę taki syndrom człowieka wojny: jeśli nie miałaś więcej, niż bochenek chleba na tydzień, nigdy już nie będziesz w stanie wyrzucić ani kromki, będziesz go zjadać do ostatniego okrucha – a jeśli już przyjdzie Ci do wyrzucania, będziesz bardzo płakać.

      Haj wolności? To musi być bardzo chwilowe.

      • Pequeninha Doçura

        A czy jest jakiś haj, który nie jest „chwilowy”? Ja widzę go po prostu jako zamach, rozbieg. Sam w sobie nie trwa długo, ale ułatwia inne działania, być może bardziej długofalowe.

        • Może dlatego tak piszę, bo nie lubię hajów.
          Bo chwilowość przeżywam zewnętrznie, nigdy od środka.
          O.