Okruchy Kultury - spacerownik Londyński
Spacerownik Londyński

Spacerownik londyński (1): Zielone płuca miasta

Mieszkanie w Polsce przyzwyczaiło mnie, że park to miejsce, do którego lepiej nie chodzić. W latach ’90 i w początku pierwszej dekady XXI wieku można tam było znaleźć przede wszystkim puszki po piwie, walające się na trawnikach śmieci, a wieczorem – podpitych panów stanowiących niebezpieczeństwo nie tylko dla dziewczyn. Od tego czasu sytuacja znacznie się zmieniła – może z wyjątkiem „elementu” zalegającego na parkowych ławeczkach – Polska wreszcie zdała sobie sprawę, że zieleń miejska jest ważna. W Anglii jednak ta świadomość przyszła znacznie wcześniej. Parki są ważnym elementem brytyjskiej urbanistyki, dla wielu z nas – znakiem rozpoznawczym kraju mgieł i popołudniowej herbaty. I właśnie o nich będzie ten tekst – pierwsza część nieregularnego „Spacerownika Londyńskiego”. Czytaj dalej

Standard

Nieczęsto przyjeżdżam do Poznania, w którym zasadniczo spędziłam większość mojego dzieciństwa i połowę czasów studenckich.
Uświadomiłam sobie też, że od kilku lat nie potrafię tak naprawdę wskazać żadnych wspomnień, które wiązałyby się z wizytami w tym mieście. Nie pamiętam ulubionych niegdyś ulic; św. Marcin, 27 grudnia i Półwiejska jakby zblakły mi w głowie. Przemykam nimi, przebiegam, kierując się od razu w stronę rzeki lub pubu, w którym umawiam się z dawno niewidzianymi znajomymi. Continue reading

Varia

Oddajcie mi miasta

Niegdyś ślicznymi ulicami zawładnęły banki, zaklejając parterowe okna kamienic ohydnymi foliami, na których reklamują kolejną nikogo-nie-interesującą lokatę czy pożyczkę. W ślad za nimi poszły sklepy spożywcze, które oblepiły swoje witryny groteskowymi, olbrzymimi butelkami wódki i kawałkami mięsa.

Obrazek
Zapiski z podróży

Warszawa. Miasto rozproszone

Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.

Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.

Gdy do niej wracam kilka dni temu, wita mnie mgłą i wilgocią zakradającą się niepostrzeżenie pod prochowiec. Jest południe, a niebo nie wygląda inaczej, niż te trzy i pół roku temu, kiedy w październiku przyjechałam do kogoś w odwiedziny, a w mojej głowie powstała myśl, że przecież można tu zostać; wysoka, przepaścista bladość, śmiertelny odcień żółci przebitej srebrem. Warszawa. Miasto rozproszone, miasto bezładne, miasto moje wymarzone, a potem znienawidzone. Czytaj dalej

Standard