Zapiski z podróży

Historię spotyka się przypadkiem

Kilka dni temu idziemy gdańską ulicą Pończoszników, zapada zmierzch, co w czerwcu zdarza się raczej późno. Opowiadam o fascynacji kamienicami, których oficyny tworzą wąską uliczkę, niemal niezauważaną przez płynących równoległym Długim Pobrzeżem turystów. To specyficzne miejsce; wyciszone, nostalgiczne, a ja uległam mu już w 2008 roku, kiedy po raz pierwszy przeprowadziłam się do Gdańska. Czytaj dalej

Standard

Nieczęsto przyjeżdżam do Poznania, w którym zasadniczo spędziłam większość mojego dzieciństwa i połowę czasów studenckich.
Uświadomiłam sobie też, że od kilku lat nie potrafię tak naprawdę wskazać żadnych wspomnień, które wiązałyby się z wizytami w tym mieście. Nie pamiętam ulubionych niegdyś ulic; św. Marcin, 27 grudnia i Półwiejska jakby zblakły mi w głowie. Przemykam nimi, przebiegam, kierując się od razu w stronę rzeki lub pubu, w którym umawiam się z dawno niewidzianymi znajomymi. Continue reading

Varia

Oddajcie mi miasta

Niegdyś ślicznymi ulicami zawładnęły banki, zaklejając parterowe okna kamienic ohydnymi foliami, na których reklamują kolejną nikogo-nie-interesującą lokatę czy pożyczkę. W ślad za nimi poszły sklepy spożywcze, które oblepiły swoje witryny groteskowymi, olbrzymimi butelkami wódki i kawałkami mięsa.

Obrazek
Kultura

„Gwiazdy proszą go w gości…” – Teatr Muzyczny w Gdyni i „Chłopi”

Moja przyjaźń z teatrem jako takim nigdy nie należała do łatwych. Wstyd się do tego przyznawać, gdy chce się być traktowaną jako osoba kulturalna, tak, wiem – ale pozwólcie, że jednak będę z Wami szczera – doświadczenia z tą formą sztuki zawsze miałam fatalne. Od poznańskiego Teatru Animacji, zwanego kiedyś „Marcinkiem”, do którego chodziłam w podstawówce w ramach wycieczek szkolnych, aż po Warszawę i Teatr Narodowy, który był dla mnie koszmarnym rozczarowaniem, teatr zawsze kojarzył mi się z dezinterpretacją dzieł literackich/muzycznych, niż z ich interpretacją czy też adaptacją. Mogłabym tu przypomnieć sobie znacznie przekraczane w Teatrze Animacji granice przaśności estetyki w scenografii przedstawień (może to z braku funduszy, a może z braku estetycznego wyczucia – nie wiem) raczej klasycznych, obiektywnie pięknych, bynajmniej nie tchnących duchem polskiej, ubogiej, paździerzowej wsi. Mogłabym wskazać na groteskowe wręcz przeintelektualizowanie Nosferatu, którego obejrzałam w warszawskim Teatrze Narodowym, na pseudosymboliczne dłużyzny tego przedstawienia… wystarczy, żebym z całą uczciwością mogła powiedzieć, że zawsze od takiego teatru wolałam operę i balet (nigdy się nie zawiodłam). Czytaj dalej

Standard