Książki

Smutek i mgła. „Smoleńsk” Torańskiej

Tak, jak napisałam pewnej znajomej w komentarzu pod zdjęciem otwierającym ten post, żeby wydać opinię, trzeba mieć coś do powiedzenia. A ja nie mam nic do powiedzenia o tej książce. I nie o niej tu przeczytacie. Jeśli szukacie recenzji lub opinii – możecie już zamknąć tę notkę. Czytaj dalej

Standard
Zapiski z podróży

Płonie już ogień nad Adlerhorst

Pod klifem idzie się ciężko. Brnie się właściwie – morze w tym miejscu przykryło wąski przesmyk plaży kamieniami, które nieustannie obmywane przez wodę pozornie tylko dotykają stóp lepką, wilgotną zielenią wodorostów; w rzeczywistości wystarczy jeden nieostrożny ruch, by woda zabarwiła się czerwienią, a zanurzone w słonej przejrzystości stopy przeszył ból od rozcięcia. Czytaj dalej

Standard
Zapiski z podróży

Ville de Lille: Braderie i kołysanki francuskiej Północy

Około 620 roku podróż z burgundzkiego Dijon do Anglii musiała trwać dobrych kilka miesięcy i bynajmniej nie należała do bezpiecznych… Mimo to, zdecydował się ją przebyć książę Salvaert wraz ze spodziewającą się dziecka żoną – Ermengaert. Gdy przemierzali Flandrię, wpadli w zasadzkę zastawioną przez miejscowego watażkę, Phinaerta. Salvaert i jego ludzie zginęli w walce, Ermengaert zaś udało się uciec. Schroniła się w leśnym szałasie pewnego eremity, gdzie urodziła synka; przy porodzie jednak zmarła. W ostatnich słowach zawierzyła dziecko temu, który dał jej tymczasowy dom, on zaś wziął chłopca pod opiekę, wykarmił mlekiem żyjących w lesie saren, a na imię dał mu – po sobie – Lydéric. Gdy syn Ermengaert dorósł, starzec opowiedział mu historię jego pochodzenia, wzbudzając tym samym w młodym człowieku ogromną chęć zemsty. Wkrótce Lydéric odnalazł mordercę swego ojca i pokonał go w pojedynku, jednocześnie przejmując władzę nad ziemią, która do tej pory należała do Phinaerta; osiadł tu, zakładając miasto Lille, a było to – według legendy – w 64o roku. Czytaj dalej

Standard
Zapiski z podróży

Berlin. Fragmentując miasto

Ja i moja Mama. Spotykamy się kilka razy w roku. Z okazji świąt, niekiedy nawet nie. Na chwile, ułamki chwil – zbyt krótkie, żeby porozmawiać naprawdę, żeby wymienić się życiem, żeby wspólnie wchłonąć trochę świata, tak, jak to kiedyś razem miałyśmy w zwyczaju. Kiedy w tym roku okazało się, że obie mamy wystarczająco wiele czasu, by na moment oderwać się od codzienności, naprędce złożyłyśmy plan wyjazdu do Berlina i po prostu wsiadłyśmy w pociąg.

Berlin, sierpień 2013

Ostatni raz widziałyśmy to miasto dwanaście lat temu. Obie zachowałyśmy wspomnienia ołowianego nieba, kłębiącego się ciężkimi od deszczu chmurami nad zdumiewająco bogatą bryłą neobarokowej, protestanckiej Berliner Dom. Miasto, którego historia jest niełatwa… i nie opowiem Wam jej w tym poście. Tu jedynie zasygnalizuję, że do Berlina wrócę w tekstach, że będę przekopywać się przez kolejne jego warstwy. Bo Berlin ma warstwy. Warstwy, które odkrywa się powoli, do których trzeba cierpliwości i zapomnienia wszystkiego, czego nauczyliśmy się w szkole o (przed)wojennej historii Europy. Bez tego nie da się stawić czoła temu miastu pełnemu cierpienia, zawiłości, ale i piękna. Czytaj dalej

Standard
Varia

Krótko o Powstaniu ’44

Co roku powtarzam sobie, że nie dam się sprowokować do wzięcia udziału w dyskusji o Powstaniu Warszawskim. Co roku dochodzę do wniosku, że Powstanie jest coraz bardziej przedmiotowo traktowane… i przez władzę, i przez opozycję, i przez media, i przez zwykłych obywateli, mieszkańców Warszawy, ale i nie tylko; tu i ówdzie, na kilka dni przed kolejnymi rocznicami, dają się słyszeć porykiwania: to wszystko bez sensu! Idiotyzm! Albo: kto nie rozumie decyzji o wybuchu Powstania, ten niegodzien nazywać siebie Polakiem! – oba te style, te maniery, bo trudno, bym nadawała temu większą wartość, obrzydzają mi Pierwszy Sierpnia.

Muzeum Powstania Warszawskiego

Muzeum Powstania Warszawskiego

W tym roku jednak puściły mi nerwy… i notkę o Powstaniu piszę. Wkurzył mnie Bartoszewski mówiąc, że nie pójdzie pod pomnik Gloria Victis. Wkurzyła mnie okładka „Wprost” z pretensjonalną Myszką Miki (nawet, jeśli jest adekwatna do artykułu o popkulturowym wykorzystaniu motywu PW’44, uważam ją za niezdrowe przegięcie). Wkurzyli mnie ludzie, którzy dziś, ale nie tylko – to zaczęło się już dzień, dwa wcześniej – wypisują na Facebooku i Twitterze „A dlaczego miałbym zatrzymywać się na minutę o 17.00?”.

Nie lubię Warszawy. Mieszkając w niej trzy lata, męczyłam się każdego dnia; z ludzką obojętnością, z własnym, niskim statusem materialnym, który wówczas uniemożliwiał mi funkcjonowanie w Warszawie na takim poziomie, by nie było to miasto bolesne. Wreszcie, z brakiem planu, pomysłu na stolicę: często miałam, mam wrażenie, że przez to, że słoiki i wieczna chwilowość, to tak naprawdę nikt Warszawy nie przemyślał, nie zaplanował, nie rozrysował w czasie, gdy było to potrzebne, a wielkie inwestycje lat ’90 i początku XXI wieku bardziej przypominają samowolkę budowlaną i urbanistyczną, niż jakikolwiek sensowny koncept. Mimo to, wiem jednak, że dla Powstańców Warszawa była marzeniem. Sensem. I sercem Polski. Polska to z kolei był szereg wartości, które dziś najwidoczniej są niezrozumiałe. Bo gdyby były, nikt nie miałby odwagi pytać o sens Powstania. I nie chodzi tu o decyzję dowódców – one były takie, jakie były. Skazały na śmierć tysiące ludzi, którzy do walki szli z gołymi rękami. Ale sens Powstania leży gdzie indziej. Leży w świadomości tożsamości. Tego, kim się jest i skąd. I w byciu razem. Tak opowiedziałabym Powstanie… właśnie tak. I wydaje mi się, że to jedyna narracja, która pozwala uniknąć kłótni.

Muzeum Powstania Warszawskiego

Muzeum Powstania Warszawskiego

Czasami pytają mnie, czy poszłabym do Powstania. Odwołują się przy tym do mojego racjonalizmu, do tego, że niemal każdą decyzję w życiu podejmuję kalkulując wszelakie „za” i „przeciw”, wreszcie – mówią mi – przecież chcesz wyemigrować. Oczywiście, chcę. Ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że gdyby Powstanie było dziś, mogłabym do niego nie pójść. Po prostu, pójście do Powstania jest jedną z nielicznych oczywistości w moim życiu. A dlaczego? Bo to była walka o jedność tożsamości. O jej spójność. O każde przedtem potem każdego z Powstańców, którzy walcząc, pisali kartki do bliskich i marzyli o tym, co zrobią, gdy wojna dobiegnie końca. To była walka o normalność. O nadzieję na normalność, której każdy tak bardzo pragnie. Jak mogłabym zatem nie pójść do Powstania? A Wy? Moglibyście?

Nie chce mi się czytać wywiadów w jednym z poczytniejszych polskich dzienników, w których padają nieadekwatne, a rzekomo uprawnione wiekiem wypowiadającego słowa. Nie chce mi się oglądać oficjalnych, państwowych obchodów. One niczego nie wnoszą. To tylko oficjalna pamięć, o której dobrze, że jest – ale „moje” Powstanie jest w Warszawie. Na jej ulicach, w każdej jednej tablicy pamiątkowej. I w Muzeum Powstania Warszawskiego, o którym opowiem Wam jutro.

A teraz, możecie mnie wybuczeć.

P.S. Generał Ścibor-Rylski jest dziś moim prawdziwym bohaterem. Tak, ze względu na jego przemówienie.

Standard