Nie potrzebujesz przewodnika, by zwiedzić miasto

Co to znaczy zwiedzać, poznawać miasto? Czy to tylko przebieżka przez najważniejsze place, ulice, parki, jak chciałaby dzisiejsza superszybka turystyka? A może wrzucenie kilku (nastu, dziesięciu) zdjęć różnych miejsc na Instagram czy na Facebooka, bezrefleksyjne całkiem, takie zwiedzanie, pochłanianie przestrzeni? Obu tym rodzajom „zwiedzania” nieodłącznie towarzyszy przewodnik, trzymany w ręce turysty. Nie, nie po to, żeby go czytać. Nie po to, żeby sprawdzić, przed jakim obiektem aktualnie się właściciel książki znajduje. Przewodniki to swego rodzaju emblemat. Znak rozpoznawczy turystów. Ogólnoświatowy i uniwersalny. I chyba dlatego właśnie tak bardzo ich nie używam, gdy jestem w drodze. Czytaj dalej

Zmiany są dobre

Przyzwyczaiłam się, że większość ludzi marzy dziś o stabilizacji. O możliwości przeżycia swojego czasu jak najspokojniej, możliwie bez przeprowadzek (chyba nie spotkałam osoby, która nie zareagowała by zdziwieniem na moje uwielbienie dla częstych zmian miejsca zamieszkania). Niemal wszyscy ludzie, jakich znam, chcą jedynie skończyć studia, znaleźć stabilną pracę i dostać kredyt na mieszkanie. I niczego więcej nie zmieniać, przecież tak, jak jest, jest dobrze. Naprawdę…?

Piszę ten tekst niecałe trzy godziny po tym, jak podłączono mi dostęp do Internetu w nowym mieszkaniu. Ostatnie sześć dni to detoks od mediów społecznościowych, od śmieciowych treści w sieci, od nieustannego szumu informacyjnego. Też od pracy. To spokojne układanie książek na półkach (nie wiecie chyba, jak trudno jest dziś znaleźć mieszkanie na wynajem, które przystosowane jest do przechowywania dużej liczby książek. Ludzie naprawdę, ale to naprawdę dziś nie czytają. Książki zaś służą chyba tylko do klinowania drzwi – sama to robiłam Zarysem filozofii marksistowskiej wygrzebanym z piwnicy). I oswajanie przestrzeni. Patrzenie na kota, który pierwszy raz, na ugiętych nóżkach, wychodzi na balkon i bada otoczenie.

Przeprowadziłam się (do Gdyni), chyba ostatni raz w Polsce, ostatni raz przed emigracją. A każda przeprowadzka to u mnie zupełnie nowy etap życia; bo tak to już jest, że ciągle dokonujemy wyborów, że coś się kończy, a coś się zaczyna. I trzeba umieć się ułożyć z tą procesualnością życia, z tymi wyborami, z tym, że ciągle trzeba nawigować się w świecie i gdzieś – najlepiej świadomie – kierować. Słabo mi, gdy czytam, że dojrzałość polega na stabilizacji – zawsze była dla mnie (w tym klasycznym i w sumie najbardziej potocznym znaczeniu) synonimem stagnacji w życiu (a jeśli boję się czegokolwiek, to stagnacja jest najokropniejszym potworem, jakiego mogłabym sobie wyobrazić). Dla mnie dojrzałość to umiejętność sprawnej nawigacji po świecie i jego problemach; to gotowość do podejmowania nowych dróg, a więc i gotowość na zmiany.

Mówi się, że te ostatnie nie zawsze są dobre; co powiecie, jeśli w tym momencie podejdę Was ambicjonalnie i spytam, czy to nie jest przypadkiem tak, jak z urządzeniami mobilnymi najnowszej generacji – wszyscy je znamy, ale mało kto wykorzystuje maksimum możliwości, jakie te urządzenia oferują…? Tak, właśnie. Unikając zmian i pogrążając się w stagnacji, uciekamy przed sprawdzeniem wszystkich możliwości, jakie daje nam życie.

Drugiego mieli nie będziemy, a to, które trwa – zawsze będzie za krótkie, wiecie?

Zapiski z podróży (VII). Narol

Jakiś czas temu zrozumiałam, że nie potrafię odpoczywać w cywilizacji. Drażni mnie jasność ekranów, drażnią mnie dźwięki, nagromadzone w nieustannym szumie informacji, które poruszają się (pozornie) po cichu w światłowodach.

Wyłączam się już poprzedniego wieczora w Lublinie, kiedy odkładam Instagram i tablet, i robię zdjęcia lustrzanką. Przypominam sobie proces widzenia, dostrzegania struktur rzeczywistości. Prawdziwie wolna jednak czuję się dopiero w piątek wczesnym popołudniem, kiedy czekamy na PKS na lubelskim dworcu, który przypomina tygiel rodem z zapisków Singera. Czytaj dalej

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

Lgnę do chropowatości łuszczących się klatek schodowych Starego Miasta. Cierpliwie badam wygładzone przez dziesięciolecia, drewniane stopnie i belkowania podtrzymujące chwiejne stropy. Szczeliny w murze, nad którymi władzę przejmują rośliny – zielenią się, wynurzają do światła, zamieszkują przestrzenie pomiędzy cegłami, dużo dyskretniej niż ludzie, którzy jakby w pośpiechu porzucili kilka butelek po piwie i zrzucili glinianą doniczkę z żonkilami. Roztrzaskała się na środku podwórza. Pędy już zeschły, jedynie ziemia wciąż tworzy idealnie dynamiczny wzór. Czytaj dalej

Wyjść poza Sieć

Odłączyć się. Odpocząć. Odetchnąć, zapatrzyć się w niebo, zaczytać w książkach. Utonąć w muzyce. Ale nie, nie tej strumieniowanej ze Spotify. Nie tej z YouTube’a, opatrzonej mniej lub bardziej udanym, krzykliwym teledyskiem.

Nie odbierać bodźców. Komunikatów, powiadomień, informacji – nieistotnych, całkowicie niepotrzebnych. O tym, że komuś urodziło się dziecko. Że prezydent uściskał kilkulatka płaczącego na chodniku. Albo jak wyglądało dzisiejsze śniadanie takiej, czy innej blogerki. Zamknąć uszy, zamknąć oczy. I wyeliminować z pola widzenia wszystko, co ma ekran. Czytaj dalej

O wytyczaniu ścieżek na mapach

Może na początku marca w gdańskim “Józefie K.” rozkładam ogromną mapę Europy, którą wynajduję w pobliskim Empiku, w którym zawsze był spory dział poświęcony kartografii (wszędzie indziej: “Mapa Europy? Nie, nie mamy. Ale chyba może pani skorzystać w Internecie…?”). Niczego nie szukam, jedynie zdaję sobie sprawę, że wzrok ześlizguje mi się mimowolnie na Pragę i dalej, na Wiedeń, na Florencję, Rzym i potem na Zachód – Menton i południowe wybrzeża Francji. Wzrok za mnie wytycza ścieżki, niewidzialne jeszcze, bo przecież nie zdążyłam na ciele tej mapy nakreślić nic własnego. Czytaj dalej

Zapiski z podróży (V)

Jeszcze, gdy jadę pociągiem na południowy wschód, słońce zaczyna płożyć się złotą poświatą na polach, wśród traw, z których wstaje mleczna, wieczorna mgła. Niebo różowieje, powoli się zmierzcha i wiem, że oto zaczyna się najpiękniejsza spośród pór roku, mój marco-kwiecień, a czasem marco-luty jeszcze, dojmujący zimnem przed świtem i pachnący wilgocią zgniłych poprzedniej jesieni liści. Czytaj dalej

SamSeks #3: O lustrach

Fragmenty mojego starego świata, 2008.
Fragmenty mojego starego świata, 2008.

And I’ve been awaiting you;
I’ve been awaiting you.

Elend – Charis

Pożądanie rodzi się w pierwszym brzmieniu głosu usłyszanego gdzieś w środku nocy, w mroźnym końcu listopada. W pierwszym spojrzeniu w rozszerzające się nagle źrenice, ledwie kilka tygodni później. Patrzę w oczy Innego i oto widzę siebie; człowieka umiejscowionego w świecie, obciążonego mnóstwem niedoskonałości. Siebie z ledwie widoczną blizną na twarzy, o której wiemy odtąd tylko my dwoje. Siebie z wiecznie ciężkimi, niedospanymi ze zmęczenia powiekami. Siebie – nagle całkowicie tożsamą, całkowitą, nieidealnie idealną. 

To właśnie wtedy rodzi się świadomość, że oto przejrzałam się w Innym, jak w lustrze. Że odtąd każdy, najsubtelniejszy gest, dotyk, każde spojrzenie, każdy oddech, każdy dźwięk – to będzie współstwarzanie się, współistnienie, współopowiadanie świata. Nieważne, czy na zawsze już, czy tylko przez chwilę – bo kiedy rozumiem, że patrzę w lustro, liczy się tylko Inny i nasza równoczesność bycia. Pragnienie wieczności jest naturalną konsekwencją przejrzenia się w lustrze; nic pełniej nie pozwala zrozumieć niecałkowitości własnego życia, niż odnalezienie siebie w drugim człowieku.

A przecież tym właśnie jest Inny jako lustro; odbiciem każdej mojej myśli. Każdego teraz i każdego jutro. W jego obecności, w istnieniu, substancji nabiera mój sens. I to właśnie ta głębia – egzystencjalna głębia bycia z drugim człowiekiem i bycia w drugim człowieku jest istotą erotyzmu. Trudno uchwytną i bezcielesną. Niedostępną za dnia. Istniejącą jedynie pomiędzy czwartą i piątą nad ranem, gdy zimą daleko do świtu.