Wielkanoc: Bezwstydna zieloność i niezwyciężone słońce

Kiedy trzy dni temu wsiadam w Sopocie do pociągu jadącego przez pół Polski na południe, mrużę oczy od słońca. Może pierwszy raz w tym roku tak bardzo intensywnie czuję wiosnę, czuję to ciepło, które zaczyna tulić się do skóry – ciepło niesione z wiatrem znad morza, łagodnym i dobrym. I zapach. Zapach świeżej, żywej ziemi i listnych pąków, które już za parę tygodni, a może wcześniej nawet rozchylą się i świat wypięknieje. Czytaj dalej

O bezsensie wojny i wartości sztuki

Obejrzałam sobie wczoraj film Obrońcy skarbów (Boże, wybacz wydawcom polskiej dystrybucji filmu beznadziejność przekładu tytułu, który w oryginale brzmi The Monuments Men). Nie będę jednak pisać o samym filmie, którego fabuła skoncentrowana jest wokół próby powstrzymania niszczenia dzieł sztuki europejskiej podczas drugiej wojny światowej (w tym celu powołana zostaje specjalna grupa konserwatorów – rzeczoznawców, którzy po krótkim przeszkoleniu wojskowym udają się na front i rozpoczynają arcytrudną misję – jak to w przyzwoitych filmach przygodowych bywa); powiem jedynie, że warto go obejrzeć (a jak dobrze wiecie, rzadko zdarza mi się powiedzieć cokolwiek pochlebnego na temat jakichkolwiek produktów kinematografii).

W filmie pada jednak w pewnym momencie bardzo ważne pytanie: czy dzieło sztuki warte jest poświęcenia ludzkiego życia? Czy śmierć w obronie dorobku artystycznego (który jest wszak częścią szerszego dziedzictwa kulturowego, czy też cywilizacyjnego) ma sens? A może to próżne przelanie krwi, bezwartościowa i głupia strata człowieka, który żyjąc (kosztem istnienia rzeźby Michała Anioła, czy też obrazu Hieronima Boscha) mógłby dokonać wielu więcej wartościowych rzeczy…?

Każda wojna to zło. To kwintensencja podłości i okrucieństwa. Wiem to mimo, że żadnej nie przeżyłam; nie zapomnę jednak wrażenia, które wywoływały we mnie przesuwające się w telewizji obrazy wojny na terenach byłej Jugosławii, które oglądałam jako mały dzieciak w wieczornych wiadomościach. Śmierć, cierpienie i zniszczenie, które niesie z sobą wojna, to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tym, czego się boję.

I tak też przypominam sobie jedną z moją ulubionych książek – Rzeźnię numer 5 Vonneguta. Te pięćset tysięcy ludzi, które giną w nalocie na Drezno. Zdjęcia powalonego na kolana miasta, które potem oglądam (złamana sylwetka katedry, bryły smutnych, szczerniałych i wyludnionych kamienic). I postać Anglika idącego przez rosyjską tajgę, który myje zęby śniegiem (bo gdyby przestał, straciłby tym samym resztkę swojej kultury, oddzieliłby się od cywilizacji, która go stworzyła i która jest w jego oczach jedyną nadzieją na przetrwanie tej wojny).
Podobnież; ewakuacja Luwru. I smutny strażnik stojący obok opustoszałych ram po obrazach klasycznych mistrzów… przesmutny, tragiczny widok. Płonące książki na berlińskim Bebel Platz… zalana londyńska biblioteka. Polscy profesorowie ginący w obozach zagłady.

A więc kultura. Cywilizacja.
Nie oddam życia za kraj, w którym żyję, ale oddam je za kulturę, która mnie wychowała, która dała mi wolność myślenia, odczuwania, uczenia się historii i filozofii, rozumienia literatury i potęgi ludzkiej ciągłości cywilizacyjnej. Kultura europejska – bo o niej tu mówię – choć zbudowana na krwi, na imperialnych zapędach szaleńców, wreszcie – na niedoli milionów wykorzystywanych w takim czy innym systemie politycznym prostych ludzi wierzących w medialne przekazy, wcześniej zaś – w słowa wypowiadane przez stojące u władzy osobistości (nieważne, czy świeckie, czy też poświęcone przy tronie Piotrowym – władza ma bowiem wiele wymiarów i bywa trucicielsko aksamitna), po wielu stuleciach uświadomiła samej sobie, że wojna jest złem.

… Wojna jest złem. Jeśli ktokolwiek z Was myśli inaczej – sięgnijcie po Remarque’a i popatrzcie na siedemnastoletnich chłopców żyjących mitem potęgi Wielkich Niemiec, którzy potem w okopach (nomen omen – Wielkiej Wojny) giną od pełznących po ziemi gazów bojowych, giną w błocie, rozkładzie i krwi przyjaciół, a Heimat staje się niczym więcej, niż sfalsyfikowanym mitem.

Czy warto umierać za dzieła sztuki, za kulturę?

A jeśli nie za nie, jeśli nie za cywilizację, za nasze człowieczeństwo, to za co…?

(Nie)nazywam się Ona

Jacek Malczewski - Artysta i chimera
Jacek Malczewski – Artysta i chimera

Podobno nazywając świat, dookreślamy, oswajamy rzeczywistość, w której żyjemy. Wszystkiemu nadajemy imię; to jest ginko biloba, a to – hedera helix. Niedoskonałym, ludzkim językiem nazywamy swoich bogów i państwa, w granicach których żyjemy – pradawne Noricum – obco brzmiąca nazwa, złowroga i tajemnicza, określająca ziemię chłodnokrwistych ludzi żyjących po drugiej stronie granicy – limes – wytyczającej ramy starego świata Cesarstwa. To, co nazwane, jest nasze – tożsame, oswojone, zbadane.

I sobie samym nadajemy imiona; bo tylko mając imię, zyskujemy tożsamość, odcinając się wyraźnie od Innego – wyznaczając granice siebie i swojego panowania, opowiadając światu: patrz, oto Ja i wszystkie moje dokonania. Nadając sobie imiona, ludzie stworzyli fascynujące uniwersum symboliki, zaklinając w niej wszystkie swoje marzenia o sile, potędze i długotrwałości własnego istnienia… Stało się też tak, że przynajmniej część z nich się wypełniła; bo czy jest coś, co idzie za człowiekiem przez stulecia bliżej jego istoty, niż imię właśnie – więcej – niż jego nazwisko? Czy bez nazwisk cytaty miałyby tę samą moc…? A wynalazki? A punkty zwrotne w historii świata, traktaty, wojny, akty…?

Nie. Nie… i może dlatego właśnie tak trudno jest mi pogodzić się z tym, że w świecie, w którym imię i nazwisko jest ponadwidzialną reprezentacją tego, że jestem, nie mam własnego. Jestem kobietą; jestem Ona. Nie nazywam się, bo wszystko, co mam, to nazwisko ojca. Niewiele mam w swoim imieniu; jest powtarzalne, jest jak nieistotność nadana mi ot, jedynie po to, bym nie była to. By można odróżnić mnie od inwentarza na starość, by za młodu można było przez chwilę wymawiać to imię z odrobiną tylko słodyczy.

Dlaczego kobiety nie mają nazwisk? Dlaczego – przez tysiąclecia – przynależymy wpierw do ojca, potem zaś do męża? I czy nie jest tak, że ta semantyczna nierówność, to pierwotne, zapomniane niemal dookreślenie podległościwłasności na zawsze zdefiniowało wynik wszelkich potyczek o miejsce, które zajmujemy w świecie…? Inaczej wręcz: o to, jaką częścią świata jesteśmy?

I co stanie się, gdy pierwsza z nas postanowi nazwać się sama?

Gdy zwierzę zaczęło śnić o innym zwierzęciu

Autoportret, 2010 rok.
Autoportret, 2010 rok.

Ten błahy gest […] kontynuuje inna część mnie;
przechodzi od prostej funkcji do olśniewającego sensu, prośby o miłość. Sens elektryzuje moją rękę; rozedrę nieprzejrzyste ciało Innego, zmuszę, by weszło w grę sensu;
SPRAWIĘ, ŻE BĘDZIE MÓWIŁO.

Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego

Nie wiem, co to jest miłość. Nie wiem też, czym jest erotyzm… Słyszałam wielokrotnie, że to ta nieskończenie odrażająca część ludzkiego życia, która odbiera nam głębię; ale czy może to być prawdą? Czy stojąc nago przed lustrem możesz uwierzyć, człowieku, że Ty sam – to wszystko, co widzisz – to największe upokorzenie, jakiego doznajesz w ciągu całego swojego życia…? Paradoks; wstydliwa nagość, obłożona przez wieki tym mnóstwem zakazów, tabu i ograniczeń – to przecież najbardziej Ja – stoję przed lustrem i dotykam swojego odbicia… Czytaj dalej

Skąd władza?

Gdynia, wrzesień 2013
Gdynia, wrzesień 2013

Nie wierzę w dominację przemocy,
w jej siłę i możność zniszczenia, zwyciężenia dobra.

14 czerwca 2013, Ustronie Śląskie

Niewiele zmieniło się od czasu, w którym narodził się podobno historyczny już typ społeczeństwa, gdzie władza funkcjonowała jako mechanizm ściągania daniny, wymuszania produktów, dóbr, usług, pracy i krwi. Niewiele, mimo, że pozornie żyjemy w zupełnie już innej rzeczywistości, definiowanej przez partnerstwo, standardy i kooperację. Może i zniknął znad głowy człowieka miecz, który groził karą śmierci za wyłamanie się spod kurateli władzy; może i przyszła łagodność, a miejsce kary zajęła administracja – może. Pozory jednak mylą – władza, choć aksamitna, jest bardziej okrutna, niż kiedykolwiek wcześniej. Czytaj dalej

To nie jest kolejny tekst o Tolkienie!

Mapa Śródziemia
Mapa Śródziemia

Mimo, że pierwszy raz sięgnęłam po jego książki mając mniej więcej dwanaście lat, to w świat, który stworzył, w pełni zagłębiłam się dopiero na studiach… i wciąż tak naprawdę nic o nim nie wiem ponadto, że jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie poznałam w życiu. Bo Tolkien to Mistrz Opowieści. Wiele można napisać na temat poszczególnych tytułów książek, ale też postaci, geografii i kultury rzeczywistości, którą stworzył – ja tu jednak zdecydowanie nie o tym. Czytaj dalej

O sensie seksu

Okruchy Kultury - mały tekst o seksie

Rozciągnięcie kontroli nad społeczeństwem nigdy nie było łatwym zadaniem. Człowiek z natury jest istotą, która władzy podlegać nie lubi, a ujmować się w ramy, w karby legislacji i obostrzeń pozwala jedynie wtedy, gdy nagrodą jest bezpieczeństwo. Zbuntowane społeczeństwo, bezkarnie szerzące się idee, wolna, nieskrępowana cenzurą myśl i seks to odwieczne utrapienie każdej władzy. Czytaj dalej

Miasta graniczne, miasta rozproszone – Strasburg

Sztrasburg, listopad 2013
Strasburg, listopad 2013

Kiedy biegniemy na Gare de l’Est w Paryżu, świta. Zimno lęgnie się przy skórze, a powietrze stoi, nieruchome osobliwą ciszą. Prawie zapomniałam, jak brzmi – dawno nie przemieszczając się w trzewiach miasta o tej porze. Wsiadamy do pociągu, zdenerwowani, w milczeniu, to dwie godziny odpoczynku od świata. Szansa na oddzielenie myśli od biegu. Czytaj dalej

Nie taka dobra kultura…?

Przyzwyczailiśmy się do myślenia o kulturze jako o czymś, co sprawia, że nasza osobowość i sposób, w jaki postrzegamy świat, stają się bogatsze. Ostatnio jednak zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy naprawdę jest tak, że kultura, z jaką na co dzień obcujemy w wielu formach – od książek przez prasę, kino, programy telewizyjne , aż po politykę, tradycje społeczności, w której żyjemy, skończywszy na religii – jedynie nas ubogaca, czy też przeciwnie – w pewien finezyjny sposób dewastuje. Czytaj dalej