Niebezpieczeństwa narracji

A cóż to jest prawda?

Poncjusz Piłat w dialogu z Chrystusem

Prawda czasu, prawda ekranu

Serwis wiadomości. Radio. Transmisja na żywo z obowiązkowym komentarzem objaśniającym rzeczywistość. Niemyślenie, redukcja do przyjmowania opinii, dwudziestoczterogodzinny cykl życia tematów obowiązujących, słusznych, pożądanych. Kreowanie informacji, śmierć reportażu. Dno. Czytaj dalej

Zapiski z podróży: do domu

Kiedy przynoszę Francisowi ostatni tego dnia kubek potwornie mocnej, miodowej herbaty, za oknami zapada już chłodna, wilgotna noc.

Przysiadam na krawędzi miękkiego, pluszowego fotela i słucham. Nie widzę go – ciemność zdążyła ukryć już skórę barwy gorzkiej czekolady, w pełznącym w górę pokoju mroku dostrzegam jedynie białka oczu i zęby, kiedy śmieje się smutny, wypełniony cynizmem. Czytaj dalej

O bezsensie wojny i wartości sztuki

Obejrzałam sobie wczoraj film Obrońcy skarbów (Boże, wybacz wydawcom polskiej dystrybucji filmu beznadziejność przekładu tytułu, który w oryginale brzmi The Monuments Men). Nie będę jednak pisać o samym filmie, którego fabuła skoncentrowana jest wokół próby powstrzymania niszczenia dzieł sztuki europejskiej podczas drugiej wojny światowej (w tym celu powołana zostaje specjalna grupa konserwatorów – rzeczoznawców, którzy po krótkim przeszkoleniu wojskowym udają się na front i rozpoczynają arcytrudną misję – jak to w przyzwoitych filmach przygodowych bywa); powiem jedynie, że warto go obejrzeć (a jak dobrze wiecie, rzadko zdarza mi się powiedzieć cokolwiek pochlebnego na temat jakichkolwiek produktów kinematografii).

W filmie pada jednak w pewnym momencie bardzo ważne pytanie: czy dzieło sztuki warte jest poświęcenia ludzkiego życia? Czy śmierć w obronie dorobku artystycznego (który jest wszak częścią szerszego dziedzictwa kulturowego, czy też cywilizacyjnego) ma sens? A może to próżne przelanie krwi, bezwartościowa i głupia strata człowieka, który żyjąc (kosztem istnienia rzeźby Michała Anioła, czy też obrazu Hieronima Boscha) mógłby dokonać wielu więcej wartościowych rzeczy…?

Każda wojna to zło. To kwintensencja podłości i okrucieństwa. Wiem to mimo, że żadnej nie przeżyłam; nie zapomnę jednak wrażenia, które wywoływały we mnie przesuwające się w telewizji obrazy wojny na terenach byłej Jugosławii, które oglądałam jako mały dzieciak w wieczornych wiadomościach. Śmierć, cierpienie i zniszczenie, które niesie z sobą wojna, to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tym, czego się boję.

I tak też przypominam sobie jedną z moją ulubionych książek – Rzeźnię numer 5 Vonneguta. Te pięćset tysięcy ludzi, które giną w nalocie na Drezno. Zdjęcia powalonego na kolana miasta, które potem oglądam (złamana sylwetka katedry, bryły smutnych, szczerniałych i wyludnionych kamienic). I postać Anglika idącego przez rosyjską tajgę, który myje zęby śniegiem (bo gdyby przestał, straciłby tym samym resztkę swojej kultury, oddzieliłby się od cywilizacji, która go stworzyła i która jest w jego oczach jedyną nadzieją na przetrwanie tej wojny).
Podobnież; ewakuacja Luwru. I smutny strażnik stojący obok opustoszałych ram po obrazach klasycznych mistrzów… przesmutny, tragiczny widok. Płonące książki na berlińskim Bebel Platz… zalana londyńska biblioteka. Polscy profesorowie ginący w obozach zagłady.

A więc kultura. Cywilizacja.
Nie oddam życia za kraj, w którym żyję, ale oddam je za kulturę, która mnie wychowała, która dała mi wolność myślenia, odczuwania, uczenia się historii i filozofii, rozumienia literatury i potęgi ludzkiej ciągłości cywilizacyjnej. Kultura europejska – bo o niej tu mówię – choć zbudowana na krwi, na imperialnych zapędach szaleńców, wreszcie – na niedoli milionów wykorzystywanych w takim czy innym systemie politycznym prostych ludzi wierzących w medialne przekazy, wcześniej zaś – w słowa wypowiadane przez stojące u władzy osobistości (nieważne, czy świeckie, czy też poświęcone przy tronie Piotrowym – władza ma bowiem wiele wymiarów i bywa trucicielsko aksamitna), po wielu stuleciach uświadomiła samej sobie, że wojna jest złem.

… Wojna jest złem. Jeśli ktokolwiek z Was myśli inaczej – sięgnijcie po Remarque’a i popatrzcie na siedemnastoletnich chłopców żyjących mitem potęgi Wielkich Niemiec, którzy potem w okopach (nomen omen – Wielkiej Wojny) giną od pełznących po ziemi gazów bojowych, giną w błocie, rozkładzie i krwi przyjaciół, a Heimat staje się niczym więcej, niż sfalsyfikowanym mitem.

Czy warto umierać za dzieła sztuki, za kulturę?

A jeśli nie za nie, jeśli nie za cywilizację, za nasze człowieczeństwo, to za co…?

SamSeks #2: Biopolityka i biowładza

Okruchy Kultury - SamSeks #2: Biopolityka i biowładza

Kiedy zaczęłam myśleć o tekstach dotyczących genezy władzy, w naturalny sposób splotły się one z cyklem dotyczącym erotyzmu i seksualności. Niejeden już raz pisałam o tym, że seks jest wolnością; najpełniejszą i właściwie jedyną formą nieograniczonej ekspresji, jaką dysponuje człowiek. Dlaczego jedyną? Bo seks zawsze wymykał się władzy. Nieuchwytny, niedefiniowalny. Trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy prawne, filozoficzne, krępowany jedynie rozmytym, nieostrym pojęciem moralności, które ostatecznie wzięła we władanie ponowoczesność, sprowadzając je do jednostkowych przekonań. Czytaj dalej