Wyjść poza Sieć

Odłączyć się. Odpocząć. Odetchnąć, zapatrzyć się w niebo, zaczytać w książkach. Utonąć w muzyce. Ale nie, nie tej strumieniowanej ze Spotify. Nie tej z YouTube’a, opatrzonej mniej lub bardziej udanym, krzykliwym teledyskiem.

Nie odbierać bodźców. Komunikatów, powiadomień, informacji – nieistotnych, całkowicie niepotrzebnych. O tym, że komuś urodziło się dziecko. Że prezydent uściskał kilkulatka płaczącego na chodniku. Albo jak wyglądało dzisiejsze śniadanie takiej, czy innej blogerki. Zamknąć uszy, zamknąć oczy. I wyeliminować z pola widzenia wszystko, co ma ekran. Czytaj dalej

O bezsensie wojny i wartości sztuki

Obejrzałam sobie wczoraj film Obrońcy skarbów (Boże, wybacz wydawcom polskiej dystrybucji filmu beznadziejność przekładu tytułu, który w oryginale brzmi The Monuments Men). Nie będę jednak pisać o samym filmie, którego fabuła skoncentrowana jest wokół próby powstrzymania niszczenia dzieł sztuki europejskiej podczas drugiej wojny światowej (w tym celu powołana zostaje specjalna grupa konserwatorów – rzeczoznawców, którzy po krótkim przeszkoleniu wojskowym udają się na front i rozpoczynają arcytrudną misję – jak to w przyzwoitych filmach przygodowych bywa); powiem jedynie, że warto go obejrzeć (a jak dobrze wiecie, rzadko zdarza mi się powiedzieć cokolwiek pochlebnego na temat jakichkolwiek produktów kinematografii).

W filmie pada jednak w pewnym momencie bardzo ważne pytanie: czy dzieło sztuki warte jest poświęcenia ludzkiego życia? Czy śmierć w obronie dorobku artystycznego (który jest wszak częścią szerszego dziedzictwa kulturowego, czy też cywilizacyjnego) ma sens? A może to próżne przelanie krwi, bezwartościowa i głupia strata człowieka, który żyjąc (kosztem istnienia rzeźby Michała Anioła, czy też obrazu Hieronima Boscha) mógłby dokonać wielu więcej wartościowych rzeczy…?

Każda wojna to zło. To kwintensencja podłości i okrucieństwa. Wiem to mimo, że żadnej nie przeżyłam; nie zapomnę jednak wrażenia, które wywoływały we mnie przesuwające się w telewizji obrazy wojny na terenach byłej Jugosławii, które oglądałam jako mały dzieciak w wieczornych wiadomościach. Śmierć, cierpienie i zniszczenie, które niesie z sobą wojna, to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tym, czego się boję.

I tak też przypominam sobie jedną z moją ulubionych książek – Rzeźnię numer 5 Vonneguta. Te pięćset tysięcy ludzi, które giną w nalocie na Drezno. Zdjęcia powalonego na kolana miasta, które potem oglądam (złamana sylwetka katedry, bryły smutnych, szczerniałych i wyludnionych kamienic). I postać Anglika idącego przez rosyjską tajgę, który myje zęby śniegiem (bo gdyby przestał, straciłby tym samym resztkę swojej kultury, oddzieliłby się od cywilizacji, która go stworzyła i która jest w jego oczach jedyną nadzieją na przetrwanie tej wojny).
Podobnież; ewakuacja Luwru. I smutny strażnik stojący obok opustoszałych ram po obrazach klasycznych mistrzów… przesmutny, tragiczny widok. Płonące książki na berlińskim Bebel Platz… zalana londyńska biblioteka. Polscy profesorowie ginący w obozach zagłady.

A więc kultura. Cywilizacja.
Nie oddam życia za kraj, w którym żyję, ale oddam je za kulturę, która mnie wychowała, która dała mi wolność myślenia, odczuwania, uczenia się historii i filozofii, rozumienia literatury i potęgi ludzkiej ciągłości cywilizacyjnej. Kultura europejska – bo o niej tu mówię – choć zbudowana na krwi, na imperialnych zapędach szaleńców, wreszcie – na niedoli milionów wykorzystywanych w takim czy innym systemie politycznym prostych ludzi wierzących w medialne przekazy, wcześniej zaś – w słowa wypowiadane przez stojące u władzy osobistości (nieważne, czy świeckie, czy też poświęcone przy tronie Piotrowym – władza ma bowiem wiele wymiarów i bywa trucicielsko aksamitna), po wielu stuleciach uświadomiła samej sobie, że wojna jest złem.

… Wojna jest złem. Jeśli ktokolwiek z Was myśli inaczej – sięgnijcie po Remarque’a i popatrzcie na siedemnastoletnich chłopców żyjących mitem potęgi Wielkich Niemiec, którzy potem w okopach (nomen omen – Wielkiej Wojny) giną od pełznących po ziemi gazów bojowych, giną w błocie, rozkładzie i krwi przyjaciół, a Heimat staje się niczym więcej, niż sfalsyfikowanym mitem.

Czy warto umierać za dzieła sztuki, za kulturę?

A jeśli nie za nie, jeśli nie za cywilizację, za nasze człowieczeństwo, to za co…?

Denerwują mnie książki

Kiedyś miałam swoje ulubione księgarnie. Wchodziłam i potrafiłam tonąć na długie godziny, a potem rozpaczać przy kasie, bo oto znów – gotówka topnieje za szybko, a ręce się urywają, ale dobrze jest wracać do domu z torbą znacznie cięższą od kilku nowo zakupionych tomów. Zwykłam przynosić – z każdej takiej wyprawy – kawał dobrej humanistyki do domu, obejmującej mniej lub bardziej znanych autorów z zakresu filozofii, lingwistyki czy też antropologii i socjologii. Rzadziej kupowałam beletrystykę – tę wolałam konsumować korzystając z bibliotek. Ja nie o tym jednak, bo… Czytaj dalej

To nie jest kolejny tekst o Tolkienie!

Mapa Śródziemia
Mapa Śródziemia

Mimo, że pierwszy raz sięgnęłam po jego książki mając mniej więcej dwanaście lat, to w świat, który stworzył, w pełni zagłębiłam się dopiero na studiach… i wciąż tak naprawdę nic o nim nie wiem ponadto, że jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie poznałam w życiu. Bo Tolkien to Mistrz Opowieści. Wiele można napisać na temat poszczególnych tytułów książek, ale też postaci, geografii i kultury rzeczywistości, którą stworzył – ja tu jednak zdecydowanie nie o tym. Czytaj dalej

Tęsknię za muzeami

Muzeum Pergamońskie, Berlin, sierpień 2013
Muzeum Pergamońskie, Berlin, sierpień 2013

Wiesz? Chciałabym pójść do muzeum. Tak po prostu. Usiąść przed obrazem i móc patrzeć na niego, wsłuchując się w szum klimatyzacji i ledwo słyszalne szemranie wilgotnościomierzy. Pociągnęłam łyk dżinu z tonikiem i wtuliłam się w oparcie kanapy, rozprężając myśli po zabieganym tygodniu zdominowanym przez składanie kolejnego numeru kwartalnika. I odpłynęłam pamięcią do Poznania. Do miasta, w którym tak dawno nie byłam inaczej niż przejazdem, na chwilę, na szybką kawę, na moment rozmowy. Do miasta, w którym stawiałam swoje pierwsze kroki w świecie sztuki i kultury. Czytaj dalej

O czytaniu fantastyki

Braderie de Lille, 2013

Jesteśmy dorośli. Zajmujemy się poważnymi sprawami, otaczamy się poważnymi ludźmi. I pracujemy. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W moim przypadku – niemalże 365 dni w roku. Niemalże, bo kiedy nie pracuję – czytam. Paradoksem jest, że czytanie to też spora część mojej pracy. Nie będę Wam tu jednak marudzić o książkach z zakresu filozofii, polityki i medioznawstwa, a o fantastyce, która niejeden raz stała się przyczyną do porządnego zwyzywania się ze wzmiankowanymi już poważnymi ludźmi. Czytaj dalej

Jak można nie lubić dramatu?! – kilka słów o kulturze

Paryż, antykwariaty księgarskie

To nie jest tak, że ty nie lubisz dramatu. Ty go po prostu nie rozumiesz. Musisz być niezbyt wykształconą osobą… – kiedy skończyła mówić, po prostu przyglądałam jej się przez chwilę, a potem – nie chcąc wdawać się w żadną polemikę – powiedziałam że oczywiście, ma prawo tak o mnie sądzić, i być może jak najbardziej, jej zdanie na mój temat jest w jakiś sposób uzasadnione. Nie dodałam jednak, że wytyk ten nie spowoduje, że nagle pokocham dramat jako formę literacką. Ba! Zapewne będę go lubić jeszcze mniej, niż dotychczas. Czytaj dalej

Et omnia vanitas – o marności ludzkiego życia

Faust in his study, Carl Gustav Carus, 1852
Faust in his study, Carl Gustav Carus, 1852

Vanitas vanitatum, et omnia vanitas, powiada Kohelet. Tak zaczyna się jeden z najważniejszych tekstów mojego życia, starotestamentowa księga Eklezjastesa. Nie znam lepszego czasu niż początek listopada, by napisać o wszystkim, co mi dał ten tekst, przez wielu mylnie interpretowany jako bezmiar pesymizmu i zatracenia w śmiertelności człowieka. Czytaj dalej