Zapiski z podróży

Pograniczne rozdwojenie jaźni

Po czym poznać, że jesteś już poza Polską, że przekraczasz granicę, która istnieje tylko formalnie, w myślach materializuje się, gdy analizujesz znaczenie słów „stan wyjątkowy” i „emigracja”? Po tym, że na ulicy i w obejściu jest czysto, a ludzie nie krzyczą na siebie i świat, gdy wypiją piwo.

Nie to, że po tamtej stronie za koszyk wart 180 zł płacisz 110.
Nie to, że jedzenie ma lepszy skład i jest mniej toksyczne.
Nie to, że mury są czystsze, przestrzeń – mniej przypadkowa, a ruch na drogach spokojniejszy.
Nawet nie to, że billboardów jest mniej, handel nie kłuje po oczach i nie zaprasza fałszywą życzliwością, podczas gdy w rzeczywistości na „dzień dobry” czasami słychać niewypowiedziane „spierdalaj”.

To wszystko nie to, co sprawia, że życie na pograniczu jest dziwne; bo jest jak rozdwojenie jaźni, za każdym razem, gdy przejeżdża się ten umowny pas ziemi niczyjej, tu wyznaczany lasem gęstym, sosnowym i mrocznym nawet w środku dnia. Jest jak pomyłka; pewnego razu wjeżdżając na polską stronę, gdzie jeszcze śpisz, jeszcze nocujesz, przechowujesz swoje fizyczne ciało w drodze na południe, w drodze dalej, zastanawiasz się, dlaczego tablice przydrożne napisane są w innym języku, a tuż za znakiem na Wrocław jednym ciągiem widzisz dziewięć nielegalnych billboardów.

Chaos i nieuporządkowanie tworzą w głowie sprzeczność logiczną, a jedynym wytłumaczeniem jest zgnilizna ostatnich kilkudziesięciu lat iluzji, marnowania potencjału społecznego i szczucia na siebie dwóch stron nieistniejącego sporu, który realności nabiera dopiero w chwili, gdy zaczyna się wierzyć w jego istnienie.

Czechy, jedna ze stron pogranicza, kulturowo zawsze były częścią starej Europy i należą tam nadal. To tylko jeden z wniosków, są oczywiście inne – o tym, jak język kształtuje świadomość, a ta – świat, w którym żyjemy. Żaden dla nas nie jest pozytywny.