Spacerownik Dolnośląski

Jak droga przeradza się w dom

Okruchy Kultury jak droga staje się domem

Dawno już odinstalowałam narzędzia analityczne pozwalające sprawdzić, ile osób odwiedza Okruchy. Przez ponad pół roku nie logowałam się na stronę, nie wchodziłam na blogowego Facebooka, nie odwiedzałam grupy, którą założyłam na krótko przed tym, jak powiedziałam sobie, że nie będę już aktualizować witryny, koniec z tym, koniec z tekstami, bo dziś przecież królują zdjęcia, Instagram i sponsorowany „kontent” – jakże ja nienawidzę tego słowa. Oczywiście, wróciłam.

Oczywiście, musiałam wrócić. Za dużo mi ten blog dał, za dużo dostałam od Was – osób, które tu mimo wszystko, na przekór wszystkiemu, wciąż zaglądają (i niekiedy mówią do mnie, motywując do pisania, zapalając płomień, który nakazuje odnowić wszystko i czerpać, aż cykl nie domknie się po raz kolejny). Tak oto i jestem.

Zostań tu ze mną przez chwilę.

Mieszkam na końcu świata.

Dla wielu osób, z którymi rozmawiam, wyprowadzka z pięknego Gdańska na drugi koniec Polski, do „palca Stalina”, do Kłodzka, Glatzu, który nie jest i nigdy nie był polski, był za to czeski, niemiecki i swój własny, o sobie decydujący i rozciągający się terenem hrabstwa na teren kotliny będącej bramą na Południe, to czyste szaleństwo.

Jak można porzucić metropolię? W czasie pandemii? W czasie tak dużej niepewności, kiedy nie wiadomo, co wydarzy się za miesiąc, za dwa, kiedy w każdej chwili decyzją administracyjną znów nie będzie dało się normalnie żyć?

Może właśnie w takiej chwili łatwiej, niż w innej.

Może te obiektywne trudności, które w miastach przecież są zawsze – te tłumy, ścisk, upał, beton, kurz i powszechna pogarda, w czasie pandemii wezbrały w mojej głowie na tyle groźnie, że trzeba było podjąć decyzję, zawinąć manatki i pojechać gdzieś, gdzie jest więcej wolności.

Dolny Śląsk, Kłodzko, kotlina, zwróciły mi tę wolność i radość – wyłapywaną gdzieś pomiędzy dniami, których niekiedy naprawdę od siebie nie odróżniam, bo tyle jest pracy, pisania, spraw, walki ze zwykłą rzeczywistością informacyjną (w dziennikarstwie rzecz trudna). To chyba jedyne miejsca, których jeszcze nie naruszyła rozumiana po polsku nowoczesność, które bronią się przed betonozą, innowacyjnością i zarządzaniem wszystkim przez przemoc.

Przeżyłam tu pierwszą od lat prawdziwą zimę. Chodziłam po górach, zasypiałam w wełnianych skarpetkach pod pierzyną, której zapach i dotyk ostatni raz czułam ponad dwadzieścia pięć lat temu i nie sądziłam, że kiedykolwiek jeszcze przeproszę się z taką pościelą. Brodziłam w ciemnościach, które jak nigdy wcześniej, wyjątkowo mi nie przeszkadzały.

Południe jest ciemne – dni nastają późno i wcześnie się kończą, góry parują całą wiosnę i lato, jesienią pokrywają się ostrym, wilgotnym łupkiem, a w końcu lodem. Ziemia zmarznięta jest dłużej, niż gdziekolwiek indziej. Na moich trzystu-kilkudziesięciu metrach nad poziomem morza w początku czerwca nosiłam wełniany sweter.

Duszniki-Zdrój, lipiec 2021

Latem zanurzam się w lasach i garściami połykam ich świeżość, zieloność, przedwieczną żywotność, nieokiełznaną dla człowieka, wciąż – mimo epoki nowych technologii i wszędobylskiego nadzoru – tak niepojętą i nieprzeniknioną.

Duszniki-Zdrój, Wałbrzych, Szczawno, Czerwony Strumień, Wambierzyce, Gorzanów, Szalejów – to wszystko punkty, które muszę zapisać na tej stronie, pokazać je Wam, utrwalić dla siebie. To wycieczki, na które pójdziecie ze mną, jednak nie będą to #ZapiskiZPodróży, a #SpacerownikDolnośląski.

Podróż, jak to bywa w moim życiu, dała mi dom. Dała mi dach nad głową, wytchnienie, przystanek, w którym myśli się, co dalej. Wytycza ścieżki, często bierze na wstrzymanie zbyt pochopnie skreślanych możliwości.

Na horyzoncie zmiany, wiele zmian, dalsza droga, wciąż tyle do odkrycia.

Aż żal byłoby nie pisać.

3 thoughts on “Jak droga przeradza się w dom”

  1. Przeprowadzałem się ze wsi do miasta i potem z miasta na wieś już wiele razy. Dziś już wiem, że miasta nie są fajne. Za szybko, za drogo, za głośno, za brudno. Okazuje się, że najlepiej jest albo gdzieś na zadupiu, albo na skraju niedużego miasteczka.

    Co zaś do częstotliwości pisania to pisz jak często chcesz. Czytnik RSS jest cierpliwy. Wśród paru setek blogów, które czytam mam i takie, które publikują coś raz na rok albo i rzadziej. No i fajnie. Jakość przed ilością.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *