Na marginesie

Strajk Kobiet nie jest wyłącznie o aborcji, jest o całej Polsce

Strajk Kobiet jest nie tylko o aborcji, jest o całej Polsce - okruchykultury.pl

Na samym początku chciałabym przeprosić za to, że Was rozczarowałam i jednak zaangażowałam się w dyskusję, która przewala się od ubiegłego czwartku przez nasz kraj. Uznałam, że wszystkie swoje pretensje do tego, jak działa w Polsce demokracja i jak bardzo jest to zgniły wewnętrznie oraz niedojrzały system mogę zgłaszać później – jak już się uporamy z tym, czy przynależymy do cywilizowanego świata, w którym prawa człowieka są respektowane, czy też jednak mamy głęboko wschodnie standardy.

Jak większość z Was pewnie wie, pracuję w prestiżowym zawodzie i zarabiam więcej, niż niejednokrotnie zarabiają moi koledzy. Nie przyszło to do mnie jednak samo z siebie – wielokrotnie miałam do czynienia z mobbingiem i innymi nadużyciami, tłumaczono mi również, że powinnam zadowolić się niskim wynagrodzeniem i docenić to, że mam możliwość pracy z takim, a nie innym dziennikarzem i robić to dla idei. Nigdy się na to nie godziłam – buntowałam się i walczyłam. Do oporu. Skutecznie.

Buntuję się również i teraz. Dlaczego, skoro mi osobiście nikt niczego nie odbiera, skoro ja sama w swoim życiu wywalczyłam sobie równość (nie oznacza że mam ją raz na zawsze, nie – zawsze trzeba być czujną, jak już mówiłam kilka dni temu)?

Dlatego, że ograniczanie wolności wyboru jest głęboko sprzeczne z moim systemem wartości, według którego wolność jest najważniejsza w życiu.

Odmawianie wolności kobietom nie jest niczym nowym. Jak pisze w swojej miniksiążeczce “Kobiety i władza. Manifest” fenomenalna Mary Beard, przykład jego widzimy już w „Odysei” Homera.

Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: Matko moja […], wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli […]. Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu. I Penelopa wraca na górę.

Najpotężniejszą ekspresją zniewolenia jest milczenie.

Przez całe wieki kobiety nie zabierały głosu. Sfera publiczna tradycyjnie była domeną mężczyzn – starożytna Grecja czy Rzym odmawiały kobietom udziału w życiu publicznym, argumentując, że jako płeć kierująca się w swoim postępowaniu emocjami, a nie rozumem nie nadajemy się do polityki i pełnienia eksponowanych funkcji publicznych. Kolejnym argumentem było przywiązanie kobiety do roli opiekunki ogniska domowego – jeśli zajmuje się tak przyziemnymi kwestiami jak wychowanie dzieci czy zarządzanie gospodarstwem domowym, w jej życiu nie ma miejsca na sprawy publiczne. I nie chodzi tu nawet o to, że nie będzie miała na nie czasu – po prostu na co dzień kobieta się oddaje o wiele bardziej sprymitywizowanym kulturowo zajęciom, a na to, co należy do sfery prywatnej tradycyjnie w Atenach (i nie tylko) nie ma miejsca w sferze publicznej.

A jednak kobiety to połowa populacji. Dopuszczana do głosu w ramach ścisłej reglamentacji – kiedy musi apelować o równe traktowanie, albo kiedy uzasadnia swoją obecność w przestrzeni każdorazowo podkreślając, że istotnie – kobiecość jest immanentna, lecz pomimo tej kobiecości ma się to czy tamto do powiedzenia. Aktywność w sferze publicznej podejmowana przez kobiety jest obłożona szeregiem niepisanych reguł, których źródła należy upatrywać we wspomnianej wyżej starożytności. Kobieca komunikacja ma być miła, grzeczna i przyjazna. Kobiecie nie wolno przeklinać. Nie powinna podnosić głosu (Beard słusznie przywołuje argument, który często ma dyskredytować kobiety w debacie publicznej i odwołuje się do tembru kobiecego głosu). Nie powinna też wychylać się przed szereg ze swoimi opiniami. Najlepiej, aby zgadzała się i potwierdzała – jednocześnie legitymizując – to, co już powiedzieli mężczyźni.

Kiedy Theresa May została premierką Wielkiej Brytanii, znaczna część komentatorów skupiła się nie na jej zdolnościach intelektualnych do sprawowania objętej funkcji, a na noszonych przez nią pantoflach w panterkę, których obecność jednak przełożyła się ostatecznie korzystnie na jej wizerunek – stały się pewnego rodzaju ikoną.

Kiedy kilka dni temu w Polsce rozgorzały protesty, media krytyczne wobec Strajku Kobiet zalały artykuły ilustrowane niekorzystnymi zdjęciami Marty Lempart i fotografiami przedstawiającymi demonstrantki świadomie wyłamujące się z opisanego przeze mnie wyżej kanonu zasad uprawniającego kobiety do zabierania głosu w przestrzeni publicznej. Jak się okazało, największym problemem stało się hasło „WYPIERDALAĆ” na czele pochodu protestacyjnego. Że kobiety w ogóle znają takie słowa? Co to się porobiło w tym kraju.

„WYPIERDALAĆ” to słowo, z jakiego korzystamy (tak, ja też) zazwyczaj w stanie oburzenia i niezgody wobec czyjegoś zachowania, które zasadniczo ingeruje w sferę naszych wolności – przekonań, swobody podejmowania decyzji we własnym imieniu, możliwości samostanowienia. To reakcja na zawłaszczenie – symboliczne i faktyczne – kobiecego ciała, autonomii i wolności wyboru, do jakiego doszło w czwartek. I nie tylko w czwartek – trochę nie wierzę, że minęły cztery lata, a ja znowu muszę pisać na ten sam temat – zaledwie w 2016 r. pisałam o Czarnym Proteście.

Doszło – co ważne – w warunkach skrajnych, mogących w każdej chwili przełożyć się na eksplozję wzbierającej od dawna już nienawiści wywołanej polaryzacją społeczną i inspirowanymi w ramach realizacji strategii politycznej dyskusjami światopoglądowymi. Zajmując się tym wszystkim, co przez wiele miesięcy było wrzucane na agendę nie tylko stacji informacyjnych i pierwszych stron gazet, ale i obrad Sejmu – gdzieś zagubiono świadomość tego, że ostatecznie wszyscy musimy żyć w naszym kraju i jako społeczeństwo jesteśmy w gruncie rzeczy na siebie skazani.

Lech Kaczyński w opublikowanym w 2010 roku eseju pisał: „Państwo prawa musi się opierać na pewnym uniwersalnym zbiorze wartości, musi mieć podstawy aksjologiczne. Stanowić bowiem można różne przepisy, zawsze jednak istnieje zagrożenie, że uchwalane i wykonywane prawo będzie niesprawiedliwe, a nawet nieludzkie. Dlatego problemu praworządności nie wolno ograniczać jedynie do aspektów formalnych – istotna jest również treść prawa.

Warto w tym miejscu przypomnieć sposób funkcjonowania niemieckiej Trzeciej Rzeszy i reżimów komunistycznych; wiele zbrodni popełniono w majestacie obowiązującego prawa (w przypadku komunizmu można to zaobserwować w niektórych krajach także i dzisiaj).

Ale jakie było to prawo? Złe z moralnego punktu widzenia. Zatem proponowane rozwiązania powinny zarówno odpowiadać większości obywateli i być tworzone w zgodzie z dominującym systemem norm społecznych, jak i respektować prawa i wolności człowieka. W praworządnym państwie nie tylko przestrzega się prawa, lecz także prawo spełnia postulaty natury aksjologicznej.”

Warto czytać klasyków i przypominać ich ponadczasowe nauczanie tym, którzy deklaratywnie szczególnie wysoko je cenią. To sprawa nas wszystkich – niezależnie od tego, w co wierzymy, jaki mamy system wartości i jak zapatrujemy się na gospodarkę. Właśnie dlatego ten strajk – Strajk Kobiet – jest wspólną sprawą i nie jest wyłącznie o dostępie do legalnej aborcji. Ten strajk jest o praworządności, poszanowaniu Konstytucji, o Polsce ostatnich lat. O każdej i każdym z nas i o tym, w jakim państwie widzimy swoją przyszłość przez kolejne lata.