Zapiski z podróży

Zapiski z podróży: Wrocław. W tyglu kultur i historii

Wracam do Wrocławia w przedostatnią niedzielę lipca. Miasto skąpane jest w popołudniowym żarze. Wakacyjny gwar kłóci się z pozorami zachowywania szczątkowych środków ostrożności, bo przecież epidemia. Niby politycy przed wyborami odwołali, ale na Śląsku (tak niedaleko) właśnie padają rekordy liczby zakażonych. Może i nie należy się mocno bać, ale trochę by wypadało.

Odkąd byłam tu ostatni raz, sześć lat temu, wiele się zmieniło. Przeprowadzono kolejne fasadowe remonty kamienic. Wyrównano chodniki, niesforne drzewa, z którymi miejski zespół planistyczny nie wiedział co zrobić, dla świętego spokoju zalano betonem. „Sedesowce”, brutalistyczny, wrocławski „Manhattan”, pyszni się świeżą bielą w słońcu. Gentryfikuje się – to oczywiste, kiedy popatrzę na hipsterskie knajpki znajdujące schronienie w pobliskich pawilonach.

Wrocławskie "Sedesowce" pysznią się w bieli, lipiec 2020
Wrocławskie „Sedesowce” pysznią się w bieli, lipiec 2020

Wrocław, w którym krzyżowały się niegdyś dwie ważne drogi – Via Regia i Szlak Bursztynowy – jest dla mnie jednym z najciekawszych organizmów miejskich. W opowieściach moich rodziców był miastem-twierdzą, które w końcu II wojny światowej otrzymało rozkaz obrony do ostatniego żołnierza. Dla mnie samej, w mojej pamięci, był przede wszystkim powodzią z 1997 roku, która zalała ok. 40 proc. powierzchni miasta, w tym – osiedle Kozanów budowane na terenach zalewowych. Dramatyczne relacje z Wrocławia i strach o to, czy woda nie podniesie się również w Wielkopolsce, wypełniały deszczowe wakacje tamtego lata bez reszty.

Kiedy dorosłam i zrządzeniem losu zamieszkałam na Dolnym Śląsku, Wrocław stał się miastem tajemniczym i surowym, do którego przybywałam poszukiwać pracy, konsumować cudze wspomnienia i chodzić po obcych śladach. Nie polubiliśmy się wtedy – przez redaktora-seksistę, który mój pierwszy przemarsz przez Most Grunwaldzki wypełnił ogromnym gniewem. Przez wyrostków krzyczących koło Nasypu obraźliwe slogany. Przez tłumy w pobliżu Galerii Dominikańskiej i ten brud, brud tak charakterystyczny dla wszystkich dużych, polskich miast.

***

W przeszłości, tej dalszej już niż bliższej, nocami śnił mi się garnizonowy kościół św. Elżbiety Węgierskiej. Jego osobliwa, czarna, tak bardzo charakterystyczna wieża wznosząca się nad wrocławskim Rynkiem. W swoim obecnym kształcie bazylika powstała w początku XIV wieku, jednak początki parafii pod tym wezwaniem można datować na 1252 rok. Kościół przetrwał II wojnę światową oraz wcześniejsze zawieruchy dziejowe w stanie dość dobrym; prawdziwe zniszczenia przyniósł dopiero pożar, który strawił „Elżbietkę” w 1976 roku. To właśnie wówczas spłonęło całe bogate, drewniane wyposażenie tego kościoła, w tym – organy Englerów, które miały być najdoskonalszym instrumentem w Europie.

Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej
Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej, lipiec 2020
Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej, lipiec 2020
Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej, lipiec 2020
Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej, lipiec 2020
Wrocław, kościół św. Elżbiety Węgierskiej, wnętrze, lipiec 2020
Kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław
Kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław, lipiec 2020

Ilekroć jestem we Wrocławiu, tam właśnie idę w pierwszej kolejności.

Kościół pełni rolę świątyni cywilno-garnizonowej. Warto zobaczyć w nim również powstałą całkiem niedawno, w 2014 roku, Kaplicę Państwa Podziemnego i Armii Krajowej. Nie byłoby jej bez wspólnego wysiłku Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Dolnośląski oraz Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. Wnętrze zaprojektował Jerzy Kalina, który wrocławianom i wrocławiankom znany jest z rzeźby „Przejście” na rogu Świdnickiej i Piłsudskiego oraz pomnika rotmistrza Witolda Pileckiego, który znajduje się na Promenadzie Staromiejskiej.

Uwagę zwraca przede wszystkim niesamowity witraż, który według samego Kaliny ma wartość dokumentalną – ludzie na nim przedstawieni mają bowiem twarze osób, które przychodziły na Msze odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę w Warszawie.

Kaplica Państwa Podziemnego, kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław
Kaplica Państwa Podziemnego, kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław, lipiec 2020
Witraż projektu Jerzego Kaliny, Kaplica Państwa Podziemnego, kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław
Witraż projektu Jerzego Kaliny, Kaplica Państwa Podziemnego, kościół garnizonowy św. Elżbiety Węgierskiej, Wrocław, lipiec 2020

Wpadając co kilka chwil i zawsze ledwie na moment do Wrocławia nie wiedziałam, że przy Starych Jatkach istniejących w tym miejscu od połowy XIII w. już w 1997 roku odsłonięto pomnik „Ku czci Zwierząt Rzeźnych”. Gęś, koza, świnia, kaczka, kogut, cielę i królik są niezwykle smutne. Wyobraźnia podpowiada, jak potworne musiało być niegdyś to miejsce, dziś pełne uroczych, turystycznych sklepików oferujących powtarzalne rękodzieło dla przyjezdnych. Zastygam na chwilę, bo oto przede mnie wbiega dwójka dzieci i prosi ojca, by kolejno robił im zdjęcia jak dosiadają odlanych z brązu zwierząt ze spuszczonymi głowami czekających na ubój. Jeszcze nie wiedzą, na czym to wszystko polega. Czy rodzice im wytłumaczą? Chciałabym.

Pomnik "Ku czci Zwierząt Rzeźnych", Wrocław, lipiec 2020
Pomnik „Ku czci Zwierząt Rzeźnych”, Wrocław, lipiec 2020

Przy ul. Jana Ewangelisty Purkyniego, na niszczejącym budynku Telekomunikacji Polskiej, w zamurowanym oknie pojawił się portret Wojaczka – jedynego poety, jakiego rozumiem.

Wrocław, portret Wojaczka w zamurowanym oknie T.P. SA, lipiec 2020

Wchodzę naturalną koleją rzeczy na Ostrów Tumski, do którego nie prowadzi już most oświetlany latarniami gazowymi. Wrocławscy latarnicy zniknęli. Na wyspie zaś przenoszę się w czasie i oto wydaje mi się, że jestem w dziwnym miejscu, rozciągniętym gdzieś pomiędzy rzeczywistością nieodległych przecież Czech i Polski (bo język pozostał ten sam, co w innych częściach miasta, architektura różni się jednak, a Nepomucen spogląda ze swego cokołu).

Ostrów Tumski we Wrocławiu - widok na archikatedrę i Nepomuka - lipiec 2020
Ostrów Tumski we Wrocławiu – widok na archikatedrę i Nepomuka – lipiec 2020
Ostrów Tumski, Wrocław, lipiec 2020
Ostrów Tumski, Wrocław, lipiec 2020

Gród pierwszych Piastów powstał na wyspie już w X wieku. W 1315 roku cały Ostrów Tumski został wyłączony z jurysdykcji świeckiej i oddany władzy kościelnej. Wyspa stała się „małym państwem kościelnym”, a o wkroczeniu na terytorium pozostające pod władzą boskich namiestników przypominał obowiązek zdejmowania nakrycia głowy tuż po wkroczeniu na Most Tumski (podlegali mu nawet władcy).

Archikatedra św. Jana Chrziciela to kościół, który zawsze mnie fascynował. Mroczny, gotycki, zbudowany w XIII-XIV wieku, wciąż podlega renowacji i uzupełnianiu odbudowy po zniszczeniach wojennych. Charakterystyczne, miedziane hełmy wież katedry znalazły się na swoim miejscu – w co trudno uwierzyć – dopiero w 1991 roku.

Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Archikatedra św. Jana Chrziciela, Wrocław, lipiec 2020
Zaskakująca i piękna elewacja archikatedry od strony wschodniej, Wrocław, lipiec 2020

Oczywiście byłam tu tylko kilka godzin – bo Wrocław jest dla mnie zawsze punktem przesiadkowym, przystankiem w drodze, chwilą oddechu – nie zawsze spokojnego. Tym razem spojrzałam na miasto inaczej. Może życzliwiej? Może zaczęłam ostatecznie dostrzegać jego jaśniejszą stronę – kosmopolityczną architekturę, spokój, harmonię starego i nowego, która przynajmniej na pierwszy rzut oka pozwala cieszyć się myślą, że nie wszędzie króluje kiepski styl planowania miejskiego i brak myślenia o tym, jak czują się w mieście jego mieszkańcy?

Wrocław, widok z Mostu Grunwaldzkiego, lipiec 2020
Wrocław, widok z Mostu Grunwaldzkiego, lipiec 2020

Mój Wrocław jest polsko-czesko-niemieckim tyglem. Jest miastem wielu wspomnień, ulotnych wrażeń, które czasami przemykają gdzieś z tyłu głowy i budzą niepokój, jak wzburzone i brunatne wody rzeki (każdorazowo i zawsze). W tym roku pozwolił mi znaleźć odrobinę ciszy i spokoju w chwili, gdy bardzo ich potrzebowałam – i stał się bramą drogi na południe, w którą Was dalej zabieram, w kolejnym wpisie. Rozkład jazdy znajdziecie tutaj.

3 thoughts on “Zapiski z podróży: Wrocław. W tyglu kultur i historii”

  1. Bardzo ciekawie, ja chyba zawsze tak szybko przez ten Wrocław przemykam załatwiając coś, że choć widziałam te wszystkie rzeczy, to nie zainteresowałam się nimi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *