Zapiski z podróży

Zapiski z podróży: wracając na Dolny Śląsk

Zapiski z Podróży wracając na dolny śląsk - okruchykultury.pl

Mieszkałam tu kiedyś. Na tym bujnym, lesistym pograniczu polsko-czesko-niemieckim. W tej krainie cudów, nieoczekiwanych zdarzeń i zachwytów. U bram gór mających ponad trzydzieści milionów lat. Śniłam tu kiedyś na jawie, patrząc na słońce wschodzące ciężkim, posuwistym marszem nad zmarznięty horyzont. Wróciłam, chociaż myślałam, że już nigdy tutaj nie trafię. Wróciłam – chociaż tylko na chwilę.

Niegdyś wielokulturowy tygiel, którym był Dolny Śląsk, rozciąga się od Nysy Łużyckiej na zachodzie i Sudetów na granicy z Czechami, aż po źródła Baryczy na wschodzie. Trudno jest wskazać granicę tej krainy jadąc z północy – trzeba miasta i tego ulotnego wrażenia, że oto trafiło się do innego kraju, w którym czas płynie tak samo, ale wśród innej architektury, w pewien sposób definiującej to, jak trzymają się zamieszkujący tu ludzie.

***

W przedostatnim tygodniu lipca trafiam wpierw do Wrocławia (Breslau), po to, by przespać pierwszą noc na parkingu stacji benzynowej i Miejsca Obsługi Podróżnych na autostradzie A4 prowadzącej dalej na południe. Kolejne siedem dni to droga ku granicy z Czechami, której w tym roku nie przekroczę.

Zatrzymam się w Kłodzku (Glatz), w którym zjem najlepszą w tym roku owocową drożdżówkę i cały dzień będę żyć wyobrażeniami scen z książek Tomasza Duszyńskiego (jeszcze o nich napiszę, ale to świetna seria kryminałów retro).

Później będą Wambierzyce (Albendorf) – przedziwna miejscowość, „Dolnośląska Jerozolima” pełna biblijnych nazw ciążących niewspółmiernie nad lokalnymi uliczkami, ciekami wodnymi i pagórkami. Nie da się w Wambierzycach oddychać – powietrze można kroić nożem i nie pomaga chłód Sanktuarium Królowej Rodzin, do którego podobno przed epidemią pielgrzymowały tłumy. W kościele czuję się jak w powieści Kafki, nie spotykam żywej duszy i ani jednej osoby duchownej.

Góry Stołowe i Szczeliniec Wielki pozwolą mi spojrzeć przez chwilę na ukryte za mgłą Czechy. Okaże się, że jak zwykle – zejście z najbardziej uczęszczanego szlaku daje szczęście i pozwala na prawdziwy odpoczynek.

Duszniki-Zdrój (Bad-Reinerz) okażą się miejscem, z którego nie będę chciała wyjeżdżać. Przez dwa wieczory przejdę miasteczko w każdym możliwym kierunku, myśląc o tym, że żyjąc na co dzień w wielkiej aglomeracji miejskiej jako ludzie mediów popełniamy wiele błędów. Zbyt wiele, aby spać spokojnie.

Zachwyci mnie Wałbrzych (Waldenburg) a rozczaruje Zamek Książ (Fürstenstein). To „brudne, nieciekawe miasto”, jak przedstawiali mi je wszyscy, widzę niby jeden z opisów Schulza w „Sklepach cynamonowych”. Wrócę tu, przyciągana ciszą i leniwym spokojem, który towarzyszy każdemu miastu o zmierzchu – w porze umierania i układania się do snu.

Zrozumiem też, że nie tylko epidemia, ale i zwykły, dobrze znany rozkład, z którym – zdawałoby się – jeżdżąc po polskiej prowincji zdążyłam się już dobrze zaprzyjaźnić, trawi miejsca, które jeszcze niedawno żyły. Zarówno Bolesławiec (Bunzlau) jak i Chojnów (Haynau) przywitają mnie zatrzaśniętymi drzwiami kościołów i tylko chojnowska Baszta Tkaczy będzie niezmiennie trwać na swoim miejscu, dając cień greckiemu zaułkowi niegdyś ambitnie patrzącego w przyszłość miasta.

Legnica (Lignitz) będzie przy Chojnowie znów błyszczeć niby metropolia. Sprzed budynku starostwa powiatowego zniknął pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej, na którego cokół jeszcze pięć lat wcześniej, zrezygnowana, przykleiłam w pewien styczniowy dzień obrzydliwą gumę do żucia.

Zachwycą mnie Jawor (Jauer), w którym po raz pierwszy po dłuższej przerwie będę mogła pogłaskać czarnego kota i Krzeszów (Grüssau), gdzie znowu uśmiechnę się do tego, jak blisko jest kupcom do świątyni.

Wrócę kilka dni później po własnych śladach – żeby jeszcze raz przejść się tajemniczymi ulicami Wałbrzycha i dotrzeć do Szczawna-Zdroju (Salzbrunn), w porze letniego, intensywnego deszczu i tuż przed zamknięciem pijalni miejscowych, leczniczych wód.

Nie będę chciała z Dolnego Śląska wyjeżdżać – nigdy nie chcę.

Oprócz Pomorza to jedyna w Polsce kraina, która przyciąga mnie niezmiennie i fascynuje, w której tyle zostało mi do odkrycia tajemnic, historii i piękna. O każdym z miejsc, w którym byłam w ciągu minionego tygodnia, opowiem Wam tu w najbliższym czasie – szczęśliwie (choć tylko dla niektórych) w sposób daleki od tego, jak opisują je turystyczne przewodniki, bo i nie to, co uwypuklają tego rodzaju wydawnictwa jest w wolnych wędrówkach po Dolnym Śląsku najważniejsze.

3 thoughts on “Zapiski z podróży: wracając na Dolny Śląsk”

  1. Lubię tę Twoją czułość dla miejsc, kompletnie innych niż moje. Zawsze chciałbym mieć takich przewodników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *