Zapiski z podróży: Tallinn

– Czy mówisz po angielsku? – słyszę za plecami, stojąc w kolejce do kasy w Maiasmokk, najstarszej kawiarni w Tallinnie, nieprzerwanie działającej na parterze tej samej kamienicy od 1864 roku. Odwracam się, potwierdzając.

– Pięknie wyglądasz. Masz wspaniałą spódnicę. Łączysz elegancję z takim niewymuszonym, artystycznym stylem… – mówi. Ma niebieskie, prawie wyblakłe oczy i jasne, sięgające ramion włosy. Surowe rysy twarzy zaostrza kilkudniowy zarost. Zaciśnięte w linijkę usta rozciągają się w uśmiechu. Odpowiadam, że spódnicę – z jedwabnej surówki w kolorze czerwonego wina – uszyła mi moja mama.

– Jak to możliwe? Sama? Jak nauczyła się szyć tak piękne ubrania? – dziwi się. Uśmiecham się w duchu.

– Mój kraj przechodził drastyczne przemiany gospodarcze. Byłyśmy bardzo biedne, a wciąż trzeba było się ubrać i nie pozwolić na degradację – odpowiadam.

– Skąd jesteś…? – pytamy siebie nawzajem, w tej samej chwili.

***

Dzień wcześniej, późnym popołudniem wyruszam w miasto, które wita mnie chłodem emanującym ze średniowiecznych, pachnących wilgocią murów. Wspinam się na wzgórze Toompea, gdzie pierwszą twierdzę zbudowano w 1050 roku. Przysiadam w ruinach miejskich murów, które dziś porasta pole wybujałej, aromatycznej szałwii. Mijam bramę zakonu joannitów, kamienice o drewnianych, ręcznie polichromowanych drzwiach, nielicznych ludzi przystających na rogu brukowanych, wąskich uliczek, aby zapalić papierosa, porozmawiać, pożegnać się na wieczór.

Tallinn jest połączeniem wszystkich światów, jakie do tej pory poznałam. Mentalność i duma Ligi Hanzeatyckiej przeplata się tu z rezerwą i dystansem północy, a także ze wschodem i jego pachnącą, tajemniczą duchowością. Tallinn jest nostalgiczny, cienisty, pokryty grubą warstewką kurzu. Rozświetlony dziesiątkami drobnych łodyżek świec, które zapalają modlący się śpiewem w soborze św. Aleksandra Newskiego wierni. W porywach chłodnego wiatru łatwo wyczuć słony zapach Zatoki Fińskiej, w której tak pięknie odbija się różowość zachodu słońca.

Zadomawiam się tu szybko; zrastam się niemal z tym miastem i wiem, że potwornie trudno mi będzie wyjechać. Że mogłabym tu zamieszkać – od zaraz. Czerpać radość z nieskończenie jasnych, letnich nocy, w których ciemność zakrada się jedynie nad głowy śpiących ludzi o jasnych włosach i błękitnych oczach.

***

– Przyjechałem tu, bo szukam autentyczności. Byłem już w Wilnie, przede mną Lwów. Podobno wschód taki właśnie jest. Prawdziwy – mówi mi Daniel, który na co dzień mieszka w Norymberdze.

– Kiedy widzę, jak tu wygląda, to zastanawiam się jednak, czy to w ogóle jest wschód…?

***

Estonia odzyskała niepodległość w 1991 roku. Rok później w kraju zaczęto wdrażać potężne zmiany, których celem było nadgonienie dystansu dzielącego maleńki kraj od północnego i znacznie lepiej rozwiniętego sąsiada – Finlandii. Podczas jednego ze swoich wystąpień były prezydent Estonii Toomas Henrik Ilves śmiał się, że w początku lat ’90 ubiegłego wieku Finowie mieli w kieszeniach Nokie, Estończycy zaś skazani byli na ebonitowe, domowe aparaty telefoniczne z ciężką słuchawką. Kraj, w którym dziś mieszka niewiele ponad milion ludzi, transformację przeszedł wzorowo. Kolejne rządy skupiły się na budowaniu nowoczesnych rozwiązań gospodarczych i administracyjnych, a obywatele – na budowaniu kapitału społecznego. Nikomu nie przyszło do głowy, by przyszłość poświęcać na rzecz przeszłości. To byłaby nielojalność wobec własnego narodu – tłumaczą Estończycy. Problemy wewnętrzne zawsze można rozwiązać później, a jeśli wtedy nie skupilibyśmy się na pójściu do przodu, by chociaż spróbować dorównać Finlandii, co byłoby z nami teraz…?

Gosia Fraser