„Stracone pokolenie” to bzdura

Czwarty już rok słucham w radiu, że jestem prekariatem, dzieckiem straconego pokolenia, które nigdy nie będzie mogło pozwolić sobie na kredyt mieszkaniowy i małą stabilizację.
Czwarty już rok w mojej ulubionej audycji poświęconej ekonomii w radiu TokFM profesorowie SGH, prezesi ogromnych spółek skarbu państwa oraz inni, którym daleko do codziennej troski o byt swój i bliskich opowiadają, jak bardzo żal im nas – młodych, pozbawionych perspektyw ludzi, którzy poświęcili lata na zdobywanie bezużytecznego wykształcenia. Którym rodzice wmówili, że trzeba mieć studia, by coś osiągnąć (a przecież lepiej by było, gdybyśmy nie chcieli wychodzić przed szereg i grzecznie poszli do zawodówek, nie zaś bajali w głowach o tytułach magistrów, doktorów i Bóg wie jeszcze jakich).

Półtora roku temu z kolei przeczytałam u Zygmunta Baumana o tym, co filozofia społeczna nazwała underclass i jobless work. I zrozumiałam, że te dwa określenia mają dużo większe przełożenie na naszą rzeczywistość, niż wieloszpaltowe, “eksperckie” artykuły w „Gazecie Wyborczej” wieszczące nam wszystkim degrengoladę i upadek, od lektury których swego czasu wpadłam w jeszcze większą niż zwykle depresję. Underclass – podklasa – to ja. To też ci z Was, którzy nie figurujecie w żadnym systemie – nieważne, czy to system ubezpieczeń zdrowotnych, czy też system świadczeń emerytalnych – jesteśmy doskonale niewidzialni. Nie ma nas i nic nam się nie należy. Na wszystko musimy zapracować sobie sami (i modlić się, byśmy nie złamali sobie ręki przewracając się na nieodśnieżonych schodach stacji metra). Jako należąca do underclass popełniam najcięższą możliwą zbrodnię – jestem społecznie bezproduktywna, żyję jedynie na własny rachunek. Najczęściej wykonując wspomnianą już jobless work – nierozwijającą mnie (a często uwsteczniającą) pracę, która daje marny zarobek i żadnych perspektyw na życie. Bo taką w Polsce można zdobyć w miarę normalnie. Bo aby mieć inną, trzeba walczyć (a na to nie każdy ma siłę).

Półtora roku temu też – w dziwnej korelacji z lekturą Strat ubocznych Baumana – zdałam sobie sprawę, że tezy o straconym pokoleniu są tylko w części prawdą. Że to przede wszystkim ode mnie zależy, jak będzie wyglądało moje życie. Narzędzia, którymi dysponuję? Moje wykształcenie, wiedza, elastyczność w zdobywaniu nowych umiejętności. Zdolność do przystosowania się do każdych (sprawdzone) warunków, w jakich przyjdzie mi żyć. I odwaga.
I owszem – mogę poddać się, powiedzieć, że nie jestem CEO firmy, która stoi na granicy światowego sukcesu, a przecież mam 26 lat i oto przegrałam swoje życie. Mogę – i pewnie byłoby to wskazane, bo właśnie takie wzorce są dzisiaj przeciwstawiane tezom o młodym, upadającym prekariacie bez przyszłości (jako jedyna słuszna alternatywa) – ale tego nie robię, bo wiem, że wszystko jeszcze przede mną. Muszę tylko wytrwale pracować. Nieustannie uczyć się i nie poddawać w drodze do swoich celów; nie ma rzeczy niemożliwych, niejednokrotnie już przekonałam się o tym, spełniając marzenia, które wielu ludziom wydawały się kompletnie nierealne.
Od prekariatu opisywanego w prasowych rozważaniach nad straconym pokoleniem odróżnia mnie jednak kilka ważnych cech; nie oczekuję, że państwo mi cokolwiek da. Nie roszczę, nie domagam się, nie wierzę wręcz w pomoc instytucjonalną. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko, co będę miała w życiu, musi pochodzić wyłącznie z mojej własnej pracy, z mojego wysiłku. I że stare “Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” jest tu niezmiennie prawdziwe.
Nie chcę też siedzieć z założonymi rękami i czekać, bo w obecnych warunkach społeczno-politycznych doskonale wiem, że nie mam na co. Jeśli spędzę najlepsze lata życia użalając się nad tym, że nie stać mnie na kredyt na arcydrogie mieszkanie (które w innych krajach europejskich jest prawem człowieka, a nie towarem), nigdy sobie tego nie wybaczę.

Prekariat, bycie straceńcem – to dzisiaj stan umysłu. I groźba, która wisi nad każdym z nas – jeśli tylko zapomnimy o tym, co naprawdę ważne; o nieustannym dążeniu do wiedzy, do odkrywania świata i wyznaczania sobie wciąż nowych celów. Celów, nie marzeń – bo cele się realizuje. Krok po kroku. Wytrwale i z podniesioną głową.

Niepewność i chwiejne czasy? Nic z tych rzeczy. Najlepsze, jakie moglibyśmy sobie wymyślić – czasy szaleńców i wizjonerów. Wystarczy tylko wziąć się z życiem za bary. Odwagi!

Gosia Fraser