Uprzedzam – to będzie jeden z tych tekstów, po przeczytaniu których część z Was złapie się za głowę, odlubi stronę Okruchów na Facebooku, a mnie będzie wyklinać na lewo i prawo za poglądy, trochę zbyt mało popularne, by można o nich było słuchać w radiu, lub czytać w popularnej prasie. Nie mówi się dziś o upadku, a może raczej degeneracji estetyki zbyt wiele; temat raczej się pomija. Powiem nawet więcej: nie tyle pomija, co w ogóle się go nie zauważa (a wiadomo powszechnie, że jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje).

Wiem, że brzmi konserwatywnie (co samo w sobie na niektórych zadziała jak repelent). Ale posłuchajcie: żadne czasy w historii nie były tak brzydkie, tak antyestetyczne, jak nasze. Kiedy wymyśliłam ten tekst, chciałam ograniczyć się tylko do sztuki. Napisać Wam o tym, jak nijaka, jak estetycznie pofajdana jest sztuka współczesna – ale stwierdziłam, że to by było znaczne zawężenie tematu. Bo problem jest szerszy…

… I zaczyna się w miastach. W miastach, które zamieniono w reklamowy śmietnik. W Polsce niemal całą wolną powierzchnię w miastach zakrywają reklamy – począwszy od samowolnie rozlepianych plakatów, pstrokacizny szyldów prywatnych przedsiębiorców (którzy często w nosie mają estetykę – ważne, żeby migotało, świeciło i dawało po oczach w myśl zasady „Widoczność ponad wszystko”), aż po najgorszy możliwy typ – wielkoformatową reklamę w formie płacht zakrywających całe elewacje budynków. Mało kogo to jednak obchodzi. Większość z nas traktuje przestrzeń, w której żyje, jako coś czysto utylitarnego i przedmiotowego, a doskonałym przykładem tego jest Warszawa – typowe miasto tymczasowe, miasto rozproszone. Jej mieszkańcy traktują ją jako kolejny przystanek w swoim życiu. Ochrzczeni „słoikami” dorabiają się w niej pierwszego własnego grosza i wyjeżdżają gdzieś, gdzie żyje się lżej (coraz częściej za granicę). Nikogo nie interesuje brak planistyki i – pardon – reklamowy burdel. A, niech jest. Jesteśmy tu przecież tylko na chwilę.

Sztuka jest następna w kolejce rzeczy zdegenerowanych. Jakiś czas temu zastanawiałam się, co właściwie można dziś nazwać sztuką – ale to jest temat na inną dyskusję. Bo jeśli umówimy się, że akceptujemy umowny, przyjęty tu desygnat tej nazwy – czyli wszelkie wytwory artystyczne człowieka – to szczerze mówiąc, dzisiejsza sztuka jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek estetyki. Stała się za to doskonałym narzędziem ideologicznym – służy przekazywaniu dowolnych wartości, a dzięki wielości form wyrazu może ją właściwie uprawiać każdy (nawet nie mając do tego żadnych kompetencji – jak to prześmiewczo ujmował jeden z memów internetowych, każdy posiadacz konta na Instagramie może mienić się dziś fotografem). Zideologizowane jest dziś wszystko, a współczesny świat nie znosi w tej kwestii próżni – ot, mamy dzięki temu tzw. sztukę zaangażowaną, będącą doskonałym nośnikiem propagandy (ideologicznej, politycznej, jakiejkolwiek – wstaw dowolne, możliwości są setki) i wpływu. Dlaczego? Bo sztuka nie generuje podejrzeń. Bo – jak usłyszałam kiedyś w dyskusji – „jest niewinna” (naprawdę…? Chyba nikt nie przestudiował dobrze dziejów socrealizmu, jeśli przy zdrowych zmysłach wierzy w niewinność sztuki).

Przyzwyczaiłam się – w toku wychowania, edukacji, własnych odkryć i podróży – że sztuka przekazuje pewne uniwersalne wartości stanowiące ramy, na których buduje się cywilizacja. Dzisiaj uczę się – a raczej jestem uczona, że moje podejście to głupota. Słyszę, że jestem nietolerancyjna. Że to źle, jeśli estetyka jest konserwatywna. Że to, że nie lubię sztuki współczesnej, to wynik mojego ograniczenia. Pewnie tak, pewnie macie rację. Pewnie fakt, że nie przekonują mnie instalacje w przestrzeni publicznej o kształcie waginy (co ma promować kobiecość i prowokować artystyczny dyskurs) to dowód na moje mentalne ograniczenie, zaściankowość i brak edukacji.

I wiecie co? Dobrze jest czasem być ciemnogrodem wychowanym na klasyce malarstwa europejskiego, wielbiącym ponad wszystko gotycką architekturę. Ten świat był jakiś taki bardziej sensowny.

Hejtujcie, smacznego.

PS. Nie, to nie mural na zdjęciu z Gdyni jest zdegenerowany. To wielka płyta.

Filozofia, Kultura, Sztuka

Zdegenerowana estetyka współczesności

Uprzedzam – to będzie jeden z tych tekstów, po przeczytaniu których część z Was złapie się za głowę, odlubi stronę Okruchów na Facebooku, a mnie będzie wyklinać na lewo i prawo za poglądy, trochę zbyt mało popularne, by można o nich było słuchać w radiu, lub czytać w popularnej prasie. Nie mówi się dziś o upadku, a może raczej degeneracji estetyki zbyt wiele; temat raczej się pomija. Powiem nawet więcej: nie tyle pomija, co w ogóle się go nie zauważa (a wiadomo powszechnie, że jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje).

Obrazek

7 thoughts on “Zdegenerowana estetyka współczesności

  1. asegPL says:

    Bardzo dobry tekst, w pełni się zgadzam. A co do sztuki współczesnej – dla mnie to często jest oszustwo, w sumie wszystko można nazwać sztuką współczesną. Zazwyczaj sam autor nie wie co miał na myśli, ale gdy skrytykujesz dowiadujesz się, że nie masz wystarczająco szerokich horyzontów/otwartego umysłu.

  2. Tomek Aleksandrowicz says:

    Niestety, muszę się zgodzić. Rzeczywiście – wokół nas jest po prosty brzydko, jakbyśmy stali się wyznawcami turpizmu.

    • O, o, o.
      O turpizmie też będę pisała, ale już w innym tekście. Zauważył Pan, że ostatnio trudno jest kupić nawet zeszyt z estetyczną okładką? Nie mówiąc już o wynajmie rozsądnie urządzonego mieszkania (mam to szczęście, że właśnie udało mi się znaleźć prześliczne i w dobrej cenie, ale to jedna oferta na 300)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *