Lgnę do chropowatości łuszczących się klatek schodowych Starego Miasta. Cierpliwie badam wygładzone przez dziesięciolecia, drewniane stopnie i belkowania podtrzymujące chwiejne stropy. Szczeliny w murze, nad którymi władzę przejmują rośliny – zielenią się, wynurzają do światła, zamieszkują przestrzenie pomiędzy cegłami, dużo dyskretniej niż ludzie, którzy jakby w pośpiechu porzucili kilka butelek po piwie i zrzucili glinianą doniczkę z żonkilami. Roztrzaskała się na środku podwórza. Pędy już zeschły, jedynie ziemia wciąż tworzy idealnie dynamiczny wzór.

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

Lublin mnie oczarowuje za każdym razem. I za każdym razem wiem, że darowuję mu za mało czasu. Nie mogę nacieszyć się tą cienistością, wilgocią pełznącą po murach, tym zatrzymaniem się w czasie – zabójczym, toksycznym, w gruncie rzeczy przerażającym. Bo Lublin się rozkłada. Gnije. Butwieje. W niesamowicie uwodzicielski sposób; ten rozkład hipnotyzuje skalą szarości i struktur.

I może dlatego po raz pierwszy od bardzo dawna patrzę przez obiektyw lustrzanki – wydaje mi się nawet przez chwilę, że zapomniałam, jak to się robi. Urządzenia mobilne, ta przenośność świata, zawszedostępność wszystkiego oduczyła mnie widzenia. Rozleniwiłam się, a moje oczy przestały widzieć – za szybko wszystko, przemykam przez świat. I teraz, w Lublinie – przez chwilę mieszam się, nie wiem, czy jeszcze potrafię. Nie wiem, czy światło zechce rozłożyć się miękko na spełzającej, olejowej farbie zdewastowanej sieni kamienicy gdzieś przy Rybnej. Wyciszam się, wypełniam płuca zapachem gnijącego drewna i zwalniam migawkę.

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

 

Nie zapomniałam, bo patrzenie, zapamiętywanie, dokumentowanie przestrzeni obrazem mam chyba we krwi. Beznadziejnie rysuję, wszystko, co potrafię – to fotografia. To wynajdywanie detali, to zapisywanie kwantów czasu, ulotnych, nietrwałych mgnień. Moje zdjęcia są jak bursztyn. Surowy, nieociosany, zbudowany z inkluzji. Z odpadków, które złapane w przypadkowej pozornie grze światła – stają się ważne. Najważniejsze.

Za dwie godziny jadę na Roztocze. Z dala od cywilizacji, z dala od Internetu.

Lublin, 25 kwietnia 2014

Zapiski z podróży

Zapiski z podróży (VI). Lublin, przewijanie czasu

Lgnę do chropowatości łuszczących się klatek schodowych Starego Miasta. Cierpliwie badam wygładzone przez dziesięciolecia, drewniane stopnie i belkowania podtrzymujące chwiejne stropy. Szczeliny w murze, nad którymi władzę przejmują rośliny – zielenią się, wynurzają do światła, zamieszkują przestrzenie pomiędzy cegłami, dużo dyskretniej niż ludzie, którzy jakby w pośpiechu porzucili kilka butelek po piwie i zrzucili glinianą doniczkę z żonkilami. Roztrzaskała się na środku podwórza. Pędy już zeschły, jedynie ziemia wciąż tworzy idealnie dynamiczny wzór.

Obrazek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *