Kiedy trzy dni temu wsiadam w Sopocie do pociągu jadącego przez pół Polski na południe, mrużę oczy od słońca. Może pierwszy raz w tym roku tak bardzo intensywnie czuję wiosnę, czuję to ciepło, które zaczyna tulić się do skóry – ciepło niesione z wiatrem znad morza, łagodnym i dobrym. I zapach. Zapach świeżej, żywej ziemi i listnych pąków, które już za parę tygodni, a może wcześniej nawet rozchylą się i świat wypięknieje.

Marzec i kwiecień to miesiące, w których symbolicznie światło miesza się z ciemnością, a człowiek wciąż szuka otuchy; najpełniej widać to w mitach starego świata. Demeter i Kora znów są razem, po półrocznej rozłące, w której Kora jest ucieleśnieniem wiosny, zima zaś, podczas której przebywa ona w podziemnym królestwie swego męża to czas samotności, chłodu i dominacji śmierci. Marzec, który tradycyjnie uważamy za początek wiosny, od wieków obfitował w święta ku czci wszystkich bogiń-matek: począwszy od Astarte i Izis, przez Kybele, Afrodytę, aż po Najświętszą Marię Pannę. Przedstawiano je wśród kwiatów i drzew, a dotknięcie ich czułych, boskich rąk widziano w rozchylających się pąkach drzew i kwiatów, w ptasich godach i w narodzinach młodych zwierząt. Marzec i kwiecień to też początek siewów w cyklu rolniczym; świętując przy jego rozpoczęciu ludzie od wieków dodawali sobie wiary w to, że rytm życia będzie trwał nieprzerwanie, przynosząc dostatek i spokój.

Wiosennemu świętowaniu od najwcześniejszych czasów towarzyszył mit zmartwychwstania. Bogowie, których żywoty nierozerwalnie związane były z przemijaniem i czasowością – Attis, Adonis, a wcześniej Ozyrys i Dionizos – odradzają się w swych mitologiach każdego roku. Niemal zawsze są dziećmi ze związku boga i ziemskiej matki, we wszystkich zaś opowieściach pełnią rolę zbawiciela człowieka, często poprzez ofiarę złożoną z własnego życia, będącego obrazem cyklu wegetatywnego, który każdego roku dogorywa i odradza się w przestrzeni kilkudniowych obrzędów.

Tak też i w starożytnym Rzymie trwał dziesięciodniowy rytuał ku czci Attisa, syna wielkiej bogini Kybele, którego obchody zaczynały się 15 marca. Ścinano wówczas sosnę, święte drzewo należące do boga, spowijano ją w len i dekorowano purpurą oraz fioletem, a następnie składano w podziemnej części świątyni. W dzień kaźni, nazywany też Czarnym Piątkiem, kapłani pogrążeni w ekstatycznym tańcu ranili swoje ciała ostrzami, łącząc się w bólu z Kybele pogrążoną w cierpieniu po stracie syna; wierzyli, że ofiara własnej krwi pomoże bogini przywrócić go do życia. Po upływie dwóch dni jeden z kapłanów otwierał podziemne pomieszczenie i ogłaszał, że ciało boga zniknęło, zatem powrócił on do życia. Dzień ten to Hiliaria – czas radości i świętowania.

Brzmi znajomo, prawda?
Wielkanoc w istocie jest chrześcijańską wersją tego samego mitu. Jej anglojęzyczne określenie – Easter – pochodzi od saksońskiej bogini Eostre, której święto wypadało w dniu równonocy wiosennej. Powiązana z tym kultem jest też tradycja wyznaczania daty Wielkiej Nocy – niedzieli po pierwszej wiosennej pełni księżyca.

Symbolami wiosennych rytuałów nie bez przyczyny stały się jajka i nasiona. ierwsze powiązano z obchodami tych świąt w chwili, w którym w większości kultur stały się symbolicznym nośnikiem potencjału i wagi narodzin nowego życia. Cudownie dekorowane pisanki z Ukrainy do dziś tradycyjnie pokrywane są magicznymi symbolami gwarantującymi ochronę płodności, mądrości i siły; jajka takie darowuje się zazwyczaj bliskim jako prezent.
Południe Europy, związane od zawsze bliżej ze światem roślinnym niż zwierzęcym, dokładnie to samo znaczenie nadało nasionom i ziarnu. W starożytnej Italii na wiosnę kobiety zwykły zakładać ogrody poświęcone Adonisowi – wypełniały naczynia ziarnem, które następnie podlewały co dwa dni. Zwyczaj ten wciąż żywy jest na Sycylii, gdzie w glinianych doniczkach umieszcza się nasiona soczewicy, sałaty, ale i kwiatów ozdobnych. Gdy wypuszczają pierwsze pędy, zwykło się wiązać na nich kolorowe wstążki, a doniczki z młodymi sadzonkami umieszczać tradycyjnie na grobach bliskich w Wielki Piątek, by wskazać na zwycięstwo życia nad śmiercią.

Łapię się, że to jeden z najdłuższych moich tekstów tutaj; nie będę Was więc zadręczać i nudzić, cieszcie się wielkanocną niedzielą. I pomyślcie czasem, że nie warto biadolić na święta; czy nie mądrzej jest mieć w nosie tandetne supermarkety z ich promocjami i wszechobecny kicz i tak po prostu pomyśleć – nawet, jeśli nie wyznajemy żadnej wiary – nad wartością i cudownością przekazów kulturowych, które od zawsze towarzyszą świętowaniu…?

Kultura

Wielkanoc: Bezwstydna zieloność i niezwyciężone słońce

Kiedy trzy dni temu wsiadam w Sopocie do pociągu jadącego przez pół Polski na południe, mrużę oczy od słońca. Może pierwszy raz w tym roku tak bardzo intensywnie czuję wiosnę, czuję to ciepło, które zaczyna tulić się do skóry – ciepło niesione z wiatrem znad morza, łagodnym i dobrym. I zapach. Zapach świeżej, żywej ziemi i listnych pąków, które już za parę tygodni, a może wcześniej nawet rozchylą się i świat wypięknieje.

Obrazek

One thought on “Wielkanoc: Bezwstydna zieloność i niezwyciężone słońce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *