Może na początku marca w gdańskim “Józefie K.” rozkładam ogromną mapę Europy, którą wynajduję w pobliskim Empiku, w którym zawsze był spory dział poświęcony kartografii (wszędzie indziej: “Mapa Europy? Nie, nie mamy. Ale chyba może pani skorzystać w Internecie…?”). Niczego nie szukam, jedynie zdaję sobie sprawę, że wzrok ześlizguje mi się mimowolnie na Pragę i dalej, na Wiedeń, na Florencję, Rzym i potem na Zachód – Menton i południowe wybrzeża Francji. Wzrok za mnie wytycza ścieżki, niewidzialne jeszcze, bo przecież nie zdążyłam na ciele tej mapy nakreślić nic własnego.

Kiedy zaczynam prowadzić wyrazistą, ostrą niemal linię układającą się wzdłuż dróg krajowych, zaczynam od Gdańska i nie waham się ani przez moment; zaznaczam przystanek w Warszawie i dalej, w Krakowie. Z Krakowa od razu Praga. Potem: maleńka, cudowna Kutna Hora i dalej ręka zsuwa mi się na Austrię.
Skąd wiem, gdzie dalej? A skąd wiem, gdzie jest początek…?

Nie wiem. I to jest najpiękniejsze w wytyczaniu podróży przez całą Europę; ta wolność od wiedzy, od powinności. Wolność do uwolnienia wszystkich sentymentów, marzeń, uczuć; bo przecież Rzym zawsze będzie dla mnie gasnącym, wrześniowym wieczorem z arcygorzką kawą i bólem głowy. Menton – surową rybą, która jeszcze pachnie morzem i białym, lekkim winem. Praga? Praga to Iwan opowiadający mi o zakamarkach miasta i moja Mama, uśmiechająca się do mnie codziennie ze zdjęcia zrobionego pewnego przemiłego wieczora w znajdującej się na uboczu knajpie prowadzonej przez trzy miłe dziewczyny.

Nie muszę kierować się żadnymi wytycznymi. Kupuję bilet kolejowy na całą Europę; jeść mogę cokolwiek i spać mogę gdziekolwiek. I wiem, że wszystko, co chcę przywieźć z tej podróży, to wewnętrzny spokój i własne szczęście. I odrobina piasku z plaży w Antibes. Chcę ukołysać nieznośne wspomnienia, które zahaczyły mi się gdzieś wokół tysiącletnich schodów wiodących przez porośnięty pnączami klif do Sorrento pachnącego pomarańczami i świeżo upieczonym ciastem miodowym. Chcę nacieszyć się światem.

Nigdy wcześniej nie miałam okazji.

Filozofia, Varia, Zapiski z podróży

O wytyczaniu ścieżek na mapach

Może na początku marca w gdańskim “Józefie K.” rozkładam ogromną mapę Europy, którą wynajduję w pobliskim Empiku, w którym zawsze był spory dział poświęcony kartografii (wszędzie indziej: “Mapa Europy? Nie, nie mamy. Ale chyba może pani skorzystać w Internecie…?”). Niczego nie szukam, jedynie zdaję sobie sprawę, że wzrok ześlizguje mi się mimowolnie na Pragę i dalej, na Wiedeń, na Florencję, Rzym i potem na Zachód – Menton i południowe wybrzeża Francji. Wzrok za mnie wytycza ścieżki, niewidzialne jeszcze, bo przecież nie zdążyłam na ciele tej mapy nakreślić nic własnego.

Obrazek

One thought on “O wytyczaniu ścieżek na mapach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *