Nieczęsto przyjeżdżam do Poznania, w którym zasadniczo spędziłam większość mojego dzieciństwa i połowę czasów studenckich.
Uświadomiłam sobie też, że od kilku lat nie potrafię tak naprawdę wskazać żadnych wspomnień, które wiązałyby się z wizytami w tym mieście. Nie pamiętam ulubionych niegdyś ulic; św. Marcin, 27 grudnia i Półwiejska jakby zblakły mi w głowie. Przemykam nimi, przebiegam, kierując się od razu w stronę rzeki lub pubu, w którym umawiam się z dawno niewidzianymi znajomymi.

Niegdyś ślicznymi ulicami zawładnęły banki, zaklejając parterowe okna kamienic ohydnymi foliami, na których reklamują kolejną nikogo-nie-interesującą lokatę czy pożyczkę. W ślad za nimi poszły sklepy spożywcze, które oblepiły swoje witryny groteskowymi, olbrzymimi butelkami wódki i kawałkami mięsa. Nie mogę na to patrzeć – patrzę więc pod nogi, na chodnik, na którym wala się niesprzątnięty przez służby miejskie śmieć, albo i gorsze rzeczy. Ludzi z poznańskich ulic jakby wywiało i ciekawi mnie tylko, dokąd? Do mających identyczny wystrój kawiarni sieciowych, które zastąpiły kiedyś istniejące, nastrojowe lokale z kawą doprawianą imbirem i goździkami? A może do galerii handlowych, których jest zdecydowanie więcej, niż wskazuje na to zapotrzebowanie mieszkańców (a wciąż buduje się kolejne)? Nie wiem. Wiem tylko, że po ulicach Poznania nie ma już po co chodzić – miasto zostało zeszpecone brakiem jakiegokolwiek planowania polityki społecznej, ale i estetycznej. Chodzić też coraz trudniej – ułatwienia w Poznaniu wprowadza się dla posiadaczy aut, którzy są w porównaniu z pieszymi niezwykle użyteczni. Pieszy nie zapłaci przecież za parkowanie, taki z niego bezprzykładny darmozjad.

***

Spacerując po Gdyni nietrudno zauważyć, że życie miejskie koncentruje się w centrum przede wszystkim wokół ulicy Świętojańskiej. Jej wartość to przede wszystkim modernistyczna zabudowa, która niestety nie zachwyca – niezadbana, obdrapana, szarzeje i obłazi tynkiem kładzionym w latach 60. i 70., o który od tamtych czasów nikt się nie zatroszczył. Nawet złażący tynk jednak trudno dostrzec; przykrywają go bowiem reklamy. Pstrokate – różowe, pomarańczowe, chałupniczo cięte szyldy z prymitywnymi sloganami wypisanymi comic sansem. Albo ekrany LED, walące po oczach nie wiem już czy bardziej za dnia, czy w nocy. Gdynia nigdy nie miała polityki estetycznej, która spowodowałaby ukrócenie reklamowej samowoli – aż do tego roku, kiedy plastyk miejski najwyraźniej doszedł do wniosku, że ta anarchia szyldów i potykaczy bynajmniej nie licuje z wizerunkiem “Polskiego Cannes”, za które Gdynia chce uchodzić. No, wreszcie.

***

Kapitalizm lat 90 nie tylko nie nauczył nas żyć po transformacji (bezrobocie za ostatni miesiąc sięga 13.9%, jak dowiedziałam się z najnowszych statystyk GUS). Nie nauczył nas też żyć we wspólnej przestrzeni – Polacy zdaje się, wbili sobie do głowy, że przestrzeń publiczna to taka, w której każdemu wszystko wolno. Mamy więc szyldową pstrokaciznę, mamy brak jakiejkolwiek miejskiej estetyki. Mamy też włodarzy, których guzik obchodzą preferencje mieszkańców – po co pytać, czy potrzebna jest budowa kolejnej galerii handlowej w pobliżu już istniejącej, znajdującej się niecałe 500 metrów dalej (przypadek taki miał miejsce w Poznaniu, aktualnie tym samym śladem idzie Gdańsk)? Jest inwestor, jest hajs – budujmy. Ludzie i tak będą korzystać, zwróci się. Będą korzystać, niestety – bo nie mają już dokąd iść. Bo w parkach siedzą żule, a zieleń miejska jest niezadbana, lub też po prostu nie istnieje. Bo zabite zostały centra miast – przerobiono je na drogi tranzytowe prowadzące na obrzeża.

***

Zatłukliście mi miasta, ludzie.
Zacznijcie rozmawiać, zacznijcie uczyć się, co to znaczy wspólna przestrzeń. Wy, mieszkańcy. I wy, urzędnicy. Razem zatłukliście miasta.
Oddajcie.

Varia

Oddajcie mi miasta

Niegdyś ślicznymi ulicami zawładnęły banki, zaklejając parterowe okna kamienic ohydnymi foliami, na których reklamują kolejną nikogo-nie-interesującą lokatę czy pożyczkę. W ślad za nimi poszły sklepy spożywcze, które oblepiły swoje witryny groteskowymi, olbrzymimi butelkami wódki i kawałkami mięsa.

Obrazek

3 thoughts on “Oddajcie mi miasta

  1. a na Starym Rynku kluby go go ;/ Mam wrażenie, że w ciągu kilku ostatnich lat (może od 2012?) Poznań bardzo zbrzydł, a do tego zrobiło się niebezpiecznie…

  2. lubas.org says:

    „Do mających identyczny wystrój kawiarni sieciowych, które zastąpiły kiedyś istniejące, nastrojowe lokale z kawą doprawianą imbirem i goździkami?”

    > Nie zastąpiły, tylko istnieją obok. Kamea, Cafe Misja, Republika Róż, Ptasie Radio, Francuski Łącznik i podobne klimatyczne lokale wciąż istnieją. Sieciówki potrzebują dużego natężenia ruchu, a brukowane uliczki nieco na uboczu odstraszają.

    A może do galerii handlowych, których jest zdecydowanie więcej, niż wskazuje na to zapotrzebowanie mieszkańców (a wciąż buduje się kolejne)?

    > Miłośnikiem galerii nie jestem, ale zapotrzebowanie mieszkańców zdaje się nie mieć granic, wszędzie tłumy. Niekoniecznie samych oglądaczy, bo jednak wiele sklepów utrzymuje się latami.

    Poznań I love you more: http://www.youtube.com/watch?v=PUrXMl_GGss

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *