Varia

Bezsens wykluczenia

Zazwyczaj nie emocjonuję się polityką – mam świadomość cynicznej pozorności działań tej sfery, a obserwując ją czuję się, jakbym oglądała mniej lub bardziej udany mecz szachowy… Natomiast, kiedy po raz kolejny usłyszałam dziś słowa kapitał społeczny w ustach polityka, miałam ochotę napisać coś naprawdę brzydkiego we wszystkich moich kanałach komunikacji ze światem.

Kapitał społeczny stał się frazesem, który wyciera się w polskim dyskursie publicznym na wszystkie możliwe sposoby; łatwo mówić o jego braku, o jego wykorzystaniu bądź niewykorzystaniu, o potencjale, jaki posiada. Zgoda – łatwo mówić, nieco gorzej, że z tych słów zazwyczaj nic konstruktywnego nie wynika. Bo żeby mogło, wpierw trzeba wiedzieć, czym kapitał społeczny jest – oprócz tego, że pojęciem, które pojawia się w niemal wszystkich wystąpieniach publicznych, które mają cokolwiek wspólnego z niezbyt ciekawą sytuacją w naszym kraju.

Nie podam Wam książkowej definicji – mam, jak zwykle, swoją. I składa się tak, że pokrywa się ona całkiem nieźle ze zdaniem kilku socjologów i filozofów, których, pozwólcie – nie przytoczę, bo rozpęta się ideologiczna wojna (samo nazwisko elektryzuje przez ostatni tydzień Twittera, co wydaje mi się już, delikatnie rzecz ujmując, niezdrowe). Otóż, kapitał społeczny jest zbudowaną na wzajemnym zaufaniu możnością i chęcią współdziałania członków społeczeństwa; jest energią, która ujawnia się i realizuje w działaniu, w konsekwentnie realizowanych przedsięwzięciach, które służą wspólnemu dobru. I nie da się go animować politycznie, nie da się go wmusić w społeczeństwo żadną propagandą – bo jest czymś, co wypracowuje się latami, co wyrabia się w społeczeństwie w procesie jego wewnętrznego funkcjonowania.

O Polsce mówią jej politycy, że pozbawiona jest tego właśnie kapitału społecznego… i to chyba jedyny punkt, w którym zasadniczo się z nimi zgadzam. Tylko, dlaczego? Skoro tak radośnie rozwijamy się w Unii, skoro tak doskonale przetrwaliśmy niejeden już kryzys i trudy transformacji ustrojowej… dlaczego brak kapitału społecznego, niemal zmitologizowanego przez polityczną retorykę…?

Ze względu na wykluczenia. O co chodzi? Nie, nie tylko o równość płac między kobietą i mężczyzną (fikcja), nie tylko o równy dostęp do edukacji dla wszystkich warstw społecznych (fikcja), wreszcie – nie tylko o wsparcie dla rozwoju przedsiębiorczych i innowacyjnych inicjatyw prywatnych (fikcja), które mogłyby zacząć ten kapitał społeczny budować… Nie tylko.

Bo wykluczenia w Polsce to przede wszystkim retoryka i forma ideologii. Pociągają za sobą realne skutki, w aspektach takich, jak powyżej wymienione, wobec których klasa polityczna i tak okazuje się bezradna – ale zaczynają się tam, gdzie pojawia się irracjonalny, medialnie animowany spór wokół nieistotnych spraw. Wykluczamy ze względu na poglądy, przekonania, podejście do życia, przekreślamy siebie nawzajem, tym samym odbierając sobie możliwości współpracy i tworzenia wartościowych rzeczy – dlaczego? Czy naprawdę tak ogromne znaczenie ma dla nas w codziennym życiu to, na kogo głosujemy, albo jakie mamy zdanie o sprawach, które – jak orientacja seksualna, jak religia – powinny pozostać prywatne? Zasadą dobrego wychowania było niegdyś, nie rozmawiajmy o polityce i o religii. Ja w swoim życiu przekułam to w zasadę niedyskutowania o poglądach, bo doszłam do wniosku, że każdy pogląd w pewnym punkcie zaczyna być budowany na naszych emocjach – a o emocjach po prostu się nie dyskutuje, bo nie należą do sfery racjonalności.

Tak długo, jak będziemy skakać sobie do gardeł tylko dlatego, że cenimy innych publicystów, wierzymy bądź nie, bierzemy ślub bądź nie, jesteśmy homo, lub nie – tak długo nie będzie mowy nawet o perspektywie budowania kapitału społecznego w Polsce. Anegdotycznie przytoczę kłótnię dwóch wykształconych, cenionych przeze mnie Panów na Twitterze, którzy udowadniając sobie nawzajem w codziennych dyskusjach słuszność (lub jej brak) swoich poglądów na ideową recepcję fizyki i związanego z nią determinizmu, w końcu ciężko pokłócili się, obrazili i… wzajemnie zbanowali. A gdyby zechcieli wydać swoją polemikę w formie książki? A gdyby zdecydowali się nakręcić wspólne video z dyskusji…? A gdyby…?

Jak wielu rzeczy nie robimy, nie podejmujemy, nie planujemy, bo wykluczamy siebie nawzajem…?

A jak wiele wszyscy na tym tracimy…?

Standard

One thought on “Bezsens wykluczenia

  1. Kacprowicz says:

    Można zauważyć, że pochopne wykluczenie często wywodzi się z paranoi pod tytułem „kto nie ze mną, ten przeciwko mnie”, podsycanej stereotypami.

    Zwłaszcza w cięższych czasach ludzie zamiast jednoczyć się i działać wspólnie w celu zmiany dla dobra całej społeczności, wybierają izolację i dbanie każdy o siebie w imię zasady, że cel uświęca środki. Przykry jest ten powszechny brak zaufania, kiedy rozkręca się zamknięte koło podejrzliwości, która staje coraz bardziej zaraźliwa. Jednak mimo tego są i tacy, którzy wciąż wierzą w ludzi. Jednoczą się w zamknięte kluby i organizacje, organizują eventy, mają idee. Może to jest ten zalążek kapitału społecznego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *