Tag Archives: varia

Powtórzenia, odkrycia

vorfreude

(rzecz.) radosne, intensywne oczekiwanie
na zbliżające się doświadczenie wyobrażonych przyjemności

***

Wrzesień zaczyna się subtelnością. Spokojnie, niezauważenie. Pewnego dnia budzisz się i zaczynasz rozumieć, że to już. Że powietrze pachnie inaczej. Bez szczególnego powodu (w końcu to Londyn; nikt nie pali tu liści, nikt nie piecze w ognisku ogromnych ziemniaków nadzianych na znaleziony patyk). Niebo pokrywa się ołowiem i marzę o tych wszystkich deszczach, które już za chwilę przyjdą, uwolnią miasto od unoszącego się wszędzie pyłu i kurzu, przepędzą ludzi z parków i wydobędą na powierzchnię cienie. Czytaj dalej

Tekst o Internecie. 10 czerwca 2014

Nie wiem, kiedy umknęła mi zdolność adaptowania się do prędkości, z jaką świat przepada do przodu. Nie wiem, kiedy uświadomiłam sobie, że żyję w świecie papierowych tygrysów, niezdolna do notowania, liczenia i myślenia na sposób cyfrowy.

Pamiętam za to moment, kiedy dostałam swój pierwszy, własny komputer, taki tylko mój. I że chyba zbiegło się to w czasie ze śmiercią mojej ciotki i tym jakimś smutkiem, bo jednocześnie rozstałam się z moim pierwszym chłopakiem, M., tym od fizyki kwantowej i długich, mysich włosów.

Pamiętam porządek, niemal pedantyczny, jaki utrzymywałam w swoich dokumentach na dysku. Moje surrealistyczne opowiadania i pierwsze kroki w serwisie Poema.art.pl. Literatura. Słowo. Bo do czego innego może służyć Internet, jak nie do tego? To wydawało się oczywiste, naturalne.

Potem, kilka lat później, w największej depresji, ten sam komputer stworzy mój pierwszy fraktal. Nauczę się – nieco przypadkiem – do czego służą Photoshop i matematyka razem wzięte. Wyleczę sobie tym głowę, dzięki komputerowi będzie mi się dalej chciało.

Czasami wielka pustka, bo od tamtego momentu, kiedy tata wniósł mi do pokoju jednostkę centralną i monitor, minęło równo 11 lat, a ja w pewnym momencie zaczęłam zatracać umiejętność pisania. Internet nie służy wcale temu, by rozwijało się słowo. By kwitła kultura. Internet niczemu z tych wszystkich ładnych, mądrych rzeczy nie służy. I – może to infantylne, wspominać o tym – prawdziwy okazał się tekst z pewnego mema, z głupiego obrazka, który ktoś wrzucił na Facebooka – mamy do dyspozycji nieskończone źródło wiedzy, a zajmujemy się oglądaniem idiotycznych zdjęć kotów i rozbieranych panienek.

Dopisek z 12 lutego 2015: jestem tak paskudnie zniesmaczona tym wszystkim. Tym, że pop-kultura, pop-dziennikarstwo i pop-informacje. Nie chce mi się przez to brnąć. Tak po prostu. Może tu kiedyś jeszcze przyjdę.

Nie chcę życia jak z reklamy

Z zaklejonych ohydną folią okien spoglądają na mnie wyretuszowane, niemal śliskie twarze kobiet i mężczyzn około trzydziestki, w towarzystwie kilkuletnich dzieci. Obowiązkowo uśmiechnięci, z reguły – blond. Schludnie ubrani. Do obrzydzenia radośni. Reklamują kredyty hipoteczne w bankach, od których kilka lat temu zaroiła się ulica Świętojańska w Gdyni.
Przebiegam nią dzisiaj roznosząc tu i tam swoje CV, bo kilka dni temu znów przeprowadziłam się na Pomorze i szczerze wierzę, że uda mi się dobrze przeżyć jeszcze choć trochę czasu w Polsce.
Reklamy kredytów są jak porzucony w opuszczonym lunaparku strój clowna.
Są demoniczne. Czytaj dalej

Co poszło nie tak, albo tekst o niczym

Poczułam dzisiaj, że nie chce mi się dłużej prowadzić tego bloga. A dzień zaczął się tak pięknie; miałam zamiar napisać Wam dobry tekst o Wrocławiu. O odkrywaniu miasta inaczej, niż to proponują mainstreamowe przewodniki i produkowane przez wydział marketingu urzędu miasta materiały.
Potem jednak przypomniałam sobie reakcję jednej z osób na Twitterze, kiedy zapowiedziałam przedwczoraj tekst o historii sztuki; “ktoś to w ogóle czyta?” i zrobiło mi się tak trochę nieswojo. Czytaj dalej