Tag Archives: Gdańsk

Gdańsk. Rakiem wracam do domu

Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, stałam we Wrzeszczu na przystanku tramwajowym i podziwiałam ołowiane niebo, tak wysokie jak nigdzie wcześniej i wiatr, który zrywał się w porywach pachnących solą i nieznanym wówczas jeszcze światem.

Wracam rakiem do Gdańska po dziewięciu latach od tego dnia i trzy lata po tym, jak ostatni raz go opuściłam. I wracanie to jest jak droga po własnych śladach do głębi, do domu, bo to jedyne chyba miejsce w Polsce, gdzie człowiek potrafi mieć dom. Czytaj dalej

Potężna lekkość – o stylu gotyckim

Nie zrozumiesz gotyku, jeśli nigdy nie spróbujesz narysować katedry.
Nie zrozumiesz go, jeśli chociaż raz nie pozwolisz uwieść się strzelistym prostym, które biegnąc w nieskończoność, w przestworza, wyznaczają wertykalność tego stylu, lekkiego, uduchowionego, powstałego na cześć i chwałę Dziewicy Maryi.

Gotyk w architekturze był tym, co sprawiło, że zafascynowała mnie historia sztuki jako taka. W czasie, kiedy postrzegałam go przez pryzmat barwnych, ręcznie malowanych witraży Chartres i Reims, które mogłam oglądać tylko na kartach albumów o sztuce, jakie znajdowały się w biblioteczce mojej Mamy, zapragnęłam, że kiedyś zobaczę katedry na własne oczy.

Jakkolwiek nazwa stylu została użyta po raz pierwszy w 1550 roku przez Vasariego, to początki jego można datować na połowę XII wieku. Rodzi się we Francji i Francja naznacza wszystkie jego odmiany, nie wyłączając mrocznego gotyku niemieckiego, dolnośląskiego (który dopiero od niedawna poznaję), a nawet włoskiego, niepogodzonego z upadkiem dawnego Imperium, którego sere znajdowało się na terenach Italii.

Dziwny, bardzo spójny i piękny to styl, który najlepiej opowiadają dwie rzeczy pozornie tylko od siebie oddalone; matematyka i wiara. Kult Maryi, który od XII wieku rośnie w siłę w Europie, odciska swoje piętno na sztuce, darowując jej cudowność miękkiej rzeźby (Madonny w charakterystycznej pozie kontrapostu), jak i świątynie poświęcone Matce Boskiej – katedry będące wyrazem uwielbienia i małości człowieka o strzelistym jednak sercu.
To strona duchowa. Architektonicznie i matematycznie zaś, wysokość, przestronność i lekkość kościołów to kwestia konstrukcji, a zwłaszcza oświetlenia, które było najtrudniejszym problemem stojącym przed ówczesnymi budowniczymi. Znano cyrkiel i kątownicę – podstawowe, najprostsze narzędzia, dzięki którym uzyskiwano całe bogactwo gotyckich kształtów, przestrzeni i ozdób.

Ogromny obszar oddziaływania sztuki gotyckiej to tak naprawdę cała Europa; połączona wspólną mową (lingua latina), ideą (chrześcijaństwo) i sztuką (już romanizm był uniwersalny) dobrze znosiła tworzenie się w jej wnętrzu poszczególnych państw narodowych, które już wkrótce miały odegrać kardynalną rolę w teatrze dziejów, ze starych katedr nierzadko czyniąc sobie panteony.

[Wszystkie zdjęcia w galerii – mojego autorstwa, znajdziecie je na Instagramie: @Apsalaar

Wszystkie szerokości morza

Jakiś czas temu zrozumiałam, że gdziekolwiek będę na dłużej chciała znaleźć dom – tam musi być morze. Bo morze jest czymś, co wnika w człowieka. Kiełkuje w nim, zapuszcza korzenie bezwzględną, długotrwałą miłością, która chyba nigdy nie wygasa – najwyżej tli się niepozornie, ale wciąż ciepło i mimo wszystko potężnie. Czytaj dalej

Historię spotyka się przypadkiem

Kilka dni temu idziemy gdańską ulicą Pończoszników, zapada zmierzch, co w czerwcu zdarza się raczej późno. Opowiadam o fascynacji kamienicami, których oficyny tworzą wąską uliczkę, niemal niezauważaną przez płynących równoległym Długim Pobrzeżem turystów. To specyficzne miejsce; wyciszone, nostalgiczne, a ja uległam mu już w 2008 roku, kiedy po raz pierwszy przeprowadziłam się do Gdańska. Czytaj dalej

Obierając cebulę

Okruchy Kultury - Obierając cebulę

Zacznę bez zbędnych słów – zacytuję po prostu jedną z użytkowniczek Twittera (pisownia oryginalna):

@Apsalaar o_o ktos jeszce czyta Grassa? myslalam ze calkiem skompromitowany….
— cosmopolla (@cosmopolla) luty 7, 2014

Czytam Grassa. I zachodzę w głowę, co to znaczy być skompromitowanym. Zawsze wydawało mi się, że kompromitacja polega dziś przede wszystkim na tym, że istnieje pewna obiegowa, powielana przez sporą grupę ludzi opinia mająca wartościujący charakter. A jak jest u mnie z wartościowaniem – wszyscy wiecie doskonale.

Długo się zabierałam do Przy obieraniu cebuli. Może dlatego, że rezonuje we mnie wojna, którą zobaczyłam przez ułamek sekundy na zdjęciu wiszącym w gdańskiej Złotej Bramie. Złamane szczyty dwunastu wież. Upokorzone, rzucone na kolana miasto. Nie myślcie sobie – nie tylko Warszawa. Powiecie mi, że przecież to stolica Polski, a Gdańsk, Danzig – to Niemcy, którzy obrzucali kamieniami jadące do Gdyni pociągi. Prawda. Ale wojna jest wszędzie jedna. I jednako krzywdzi – łamie pojedyncze kręgosłupy, wysusza oczy, odbierając ludziom wszystkie łzy, a nawet więcej – zdolność do płaczu. Tę wojnę właśnie – okrucieństwo, które zburzyło stareńkie, piernikowe mury Gdańska – zobaczyłam i zamknęłam oczy. Uciekłam.

Opowieść Grassa jest jak to zdjęcie. Tyle, że zrobiłam wszystko, by tym razem wytrzymać to spotkanie, wiedząc, że muszę nauczyć się tego bólu, który czai się ciągle na ulicach Wrzeszcza. I uczę się; widząc rozedrganego, siedemnastoletniego chłopaka, którego jedynym marzeniem jest dostać się na front. Przypomina mi się rozdzierający Remarque: młodzi oni, przemłodzi i przepiękni, karmieni przez nauczycieli mitem potęgi i mocy Heimatu, wierzący, że wojna ma sens – a potem gaz wpełzający do okopów i śmierć, śmierć zalewająca im usta błotem, cierpieniem i gnijącymi ciałami kolegów (jeszcze ze szkolnej ławki). I mit, który pada – Grass przecież przechodzi dokładnie to samo. Butny i dumny, nastoletni czołgista, cudem ratuje się od śmierci, a potem w nocy, samotny i przerażony śpiewa piosenkę o małym Hansie, bojąc się, że właśnie uciekł z pola walki. Że zdezerterował. I oto po refrenie tajemniczy głos wśród drzew odpowiada mu, śpiewając kolejną zwrotkę…

Przy obieraniu cebuli dokonują się wszystkie wybory życiowe tego człowieka, umęczonego trzema rodzajami głodu: pierwszym – fizycznym, dojmującym obozowym głodem, opiewającym na 300 kalorii dziennie, drugim – w istocie będącym pożądaniem, pragnieniem bliskości z drugim człowiekiem, znalezieniem ukojenia w kobiecych ramionach, trzecim wreszcie – głodem sztuki, tworzenia, który sublimuje w sobie wszelkie inne głody. I uświadamiam sobie pewnego razu w środku nocy, że przecież Grass to ja – to człowiek, który idzie za własnymi pragnieniami, wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Odkładam tę książkę, kończąc nad ranem i czytam, że oto Grass się skompromitował. No, czym? Przyznaniem się do swojej przeszłości, do własnych błędów, do wyborów, których dokonał? Do wiary w rzeczy, które były złe, do oceny rzeczywistości w taki, a nie inny sposób? Ludzie, dajcie Wy spokój.

Kto jest bez winy niech pierwszy, czy jakoś tak. Wybierajcie nieskazitelnie, wybierajcie dobrze. I nigdy nie oceniajcie innych. Nie ma po co.

Zapiski z podróży (III)

Gdańsk, grudzień 2013
Gdańsk, grudzień 2013

Is it written in the stars
Upon the Milky Way
We must burn bright
Before we fade away…?

Chmurne, ołowiane niebo i wilgoć pełznąca po skórze pod płaszczem, osadzająca się na rzęsach niepokojąco ciężkimi kroplami. Przypominam sobie, po co tu przyjechałam i wiem, że kryzys mojego bycia-w-świecie może polegać tylko na jednym – na związaniu się ze światem, na zatraceniu świadomości, że jedyny możliwy sposób istnienia to istnienie pozaobok, a jednocześnie tak bardzo wewnątrz. Gdańsk uczy dystansu. Smakuje miodem-półtorakiem, podgrzewanym w ocieplających się po lodowatym deszczu dłoniach. Czytaj dalej

Treat me well, September – o jesieni w Gdańsku

Zawsze mówiłam, że jesień to czas, w którym świat pięknieje. Na Pomorzu szczególnie – pustoszeją plaże, a gdański bruk pokrywa się ukochaną przeze mnie warstwą wilgoci, niesioną z coraz to chłodniejszym, drobnym deszczem, który przed wieczorem przenika przez ubranie, osadzając się na skórze. Jesienią powracam do swoich długich spacerów, na które latem nie znajduję miejsca pośród tysięcy turystów; swoim gwarem zawłaszczają przestrzeń, która zdominowana przez kiczowate pamiątki i wszędobylskie, reklamowe parasole traci swoje piękno. Czytaj dalej

Był sobie Gdańsk…

Nigdy nie wyobrażałam sobie spędzić całego życia w jednym miejscu – w jednym domu, mieście, kraju. Stałe miejsce zamieszkania, pewna rutyna, która towarzyszy takiemu życiu, ułożony, linearny czas to rzeczy, które od najwcześniejszych lat życia wymykały mi się, a znacznie przedkładałam nad nie podróże samochodem, potem – długie trasy w pociągu, wreszcie – loty na wysokości ponad 10 tys. metrów, gdzie zdecydowanie najlepiej składają mi się w głowie teksty, nowe plany i marzenia. Czytaj dalej

Z wizytą w Gdańsku u Jana – po renowacji

Nieczęsto zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona z efektów renowacji historycznych obiektów o niezwykłych walorach architektonicznych. Nieczęsto, zwłaszcza w Polsce, która słynie z niewytłumaczalnego dla mnie uwielbienia dla czegoś, co mądry człowiek z Internetu nazwał makabryłą. A składa się tak, że do niektórych gmachów przykładam specjalną wagę, darzę szacunkiem, sympatią, zachwycam się nad nimi – i nie ma wówczas większego cierpienia, niż nieudana renowacja.

Kościół św. Jana w Gdańsku po renowacji
Kościół św. Jana w Gdańsku po renowacji

Czytaj dalej