Varia

Co poszło nie tak, albo tekst o niczym

Poczułam dzisiaj, że nie chce mi się dłużej prowadzić tego bloga. A dzień zaczął się tak pięknie; miałam zamiar napisać Wam dobry tekst o Wrocławiu. O odkrywaniu miasta inaczej, niż to proponują mainstreamowe przewodniki i produkowane przez wydział marketingu urzędu miasta materiały.
Potem jednak przypomniałam sobie reakcję jednej z osób na Twitterze, kiedy zapowiedziałam przedwczoraj tekst o historii sztuki; “ktoś to w ogóle czyta?” i zrobiło mi się tak trochę nieswojo. Czytaj dalej

Standard

Przyzwyczaiłam się, że większość ludzi marzy dziś o stabilizacji. O możliwości przeżycia swojego czasu jak najspokojniej, możliwie bez przeprowadzek (chyba nie spotkałam osoby, która nie zareagowała by zdziwieniem na moje uwielbienie dla częstych zmian miejsca zamieszkania). Niemal wszyscy ludzie, jakich znam, chcą jedynie skończyć studia, znaleźć stabilną pracę i dostać kredyt na mieszkanie. I niczego więcej nie zmieniać, przecież tak, jak jest, jest dobrze. Naprawdę…?

Piszę ten tekst niecałe trzy godziny po tym, jak podłączono mi dostęp do Internetu w nowym mieszkaniu. Ostatnie sześć dni to detoks od mediów społecznościowych, od śmieciowych treści w sieci, od nieustannego szumu informacyjnego. Też od pracy. To spokojne układanie książek na półkach (nie wiecie chyba, jak trudno jest dziś znaleźć mieszkanie na wynajem, które przystosowane jest do przechowywania dużej liczby książek. Ludzie naprawdę, ale to naprawdę dziś nie czytają. Książki zaś służą chyba tylko do klinowania drzwi – sama to robiłam Zarysem filozofii marksistowskiej wygrzebanym z piwnicy). I oswajanie przestrzeni. Patrzenie na kota, który pierwszy raz, na ugiętych nóżkach, wychodzi na balkon i bada otoczenie.

Przeprowadziłam się (do Gdyni), chyba ostatni raz w Polsce, ostatni raz przed emigracją. A każda przeprowadzka to u mnie zupełnie nowy etap życia; bo tak to już jest, że ciągle dokonujemy wyborów, że coś się kończy, a coś się zaczyna. I trzeba umieć się ułożyć z tą procesualnością życia, z tymi wyborami, z tym, że ciągle trzeba nawigować się w świecie i gdzieś – najlepiej świadomie – kierować. Słabo mi, gdy czytam, że dojrzałość polega na stabilizacji – zawsze była dla mnie (w tym klasycznym i w sumie najbardziej potocznym znaczeniu) synonimem stagnacji w życiu (a jeśli boję się czegokolwiek, to stagnacja jest najokropniejszym potworem, jakiego mogłabym sobie wyobrazić). Dla mnie dojrzałość to umiejętność sprawnej nawigacji po świecie i jego problemach; to gotowość do podejmowania nowych dróg, a więc i gotowość na zmiany.

Mówi się, że te ostatnie nie zawsze są dobre; co powiecie, jeśli w tym momencie podejdę Was ambicjonalnie i spytam, czy to nie jest przypadkiem tak, jak z urządzeniami mobilnymi najnowszej generacji – wszyscy je znamy, ale mało kto wykorzystuje maksimum możliwości, jakie te urządzenia oferują…? Tak, właśnie. Unikając zmian i pogrążając się w stagnacji, uciekamy przed sprawdzeniem wszystkich możliwości, jakie daje nam życie.

Drugiego mieli nie będziemy, a to, które trwa – zawsze będzie za krótkie, wiecie?

Życie

Zmiany są dobre

Przyzwyczaiłam się, że większość ludzi marzy dziś o stabilizacji. O możliwości przeżycia swojego czasu jak najspokojniej, możliwie bez przeprowadzek (chyba nie spotkałam osoby, która nie zareagowała by zdziwieniem na moje uwielbienie dla częstych zmian miejsca zamieszkania). Niemal wszyscy ludzie, jakich znam, chcą jedynie skończyć studia, znaleźć stabilną pracę i dostać kredyt na mieszkanie. I niczego więcej nie zmieniać, przecież tak, jak jest, jest dobrze. Naprawdę…?

Obrazek

Odłączyć się. Odpocząć. Odetchnąć, zapatrzyć się w niebo, zaczytać w książkach. Utonąć w muzyce. Ale nie, nie tej strumieniowanej ze Spotify. Nie tej z YouTube’a, opatrzonej mniej lub bardziej udanym, krzykliwym teledyskiem.

Nie odbierać bodźców. Komunikatów, powiadomień, informacji – nieistotnych, całkowicie niepotrzebnych. O tym, że komuś urodziło się dziecko. Że prezydent uściskał kilkulatka płaczącego na chodniku. Albo jak wyglądało dzisiejsze śniadanie takiej, czy innej blogerki. Zamknąć uszy, zamknąć oczy. I wyeliminować z pola widzenia wszystko, co ma ekran. Continue reading

Kultura, Varia, Życie

Wyjść poza Sieć

Odłączyć się. Odpocząć. Odetchnąć, zapatrzyć się w niebo, zaczytać w książkach. Utonąć w muzyce. Ale nie, nie tej strumieniowanej ze Spotify. Nie tej z YouTube’a, opatrzonej mniej lub bardziej udanym, krzykliwym teledyskiem. Nie odbierać bodźców. Komunikatów, powiadomień, informacji – nieistotnych, całkowicie niepotrzebnych. O tym, że komuś urodziło się dziecko. Że prezydent uściskał kilkulatka płaczącego na chodniku. Albo jak wyglądało dzisiejsze śniadanie takiej, czy innej blogerki. Zamknąć uszy, zamknąć oczy. I wyeliminować z pola widzenia wszystko, co ma ekran.

Obrazek
Varia

Okruchowy #ShareWeek 2014

Własne tereny migreny, 2008 rok.

Nie wiem, czy przegapiłam tegoroczny ShareWeek, który – na moje oko – powinien wypaść mniej więcej w połowie stycznia, czy też to Internet przegapił właściwy moment i akcja się po prostu nie odbyła.

Znacie mnie z tego, że otwarcie mówię: nie czytam blogów. Nie interesuje mnie popularny dziś lifestyle, głęboko w nosie mam większość opinii generowanych przez blogosferę – niezależnie od tego, czy dotyczą moralności, edukacji, czy też najnowszych produktów, wycieczek all-inclusive (wiadomo, że nigdy nie skorzystam), a także małżeństwa, parentingu i kredytów hipotecznych. I zawsze pytam: po co miałabym to czytać? No, po co?

Bo wolę czytać ich – pięć osób, które Wam dzisiaj polecę, a które uprzyjemniają mi marnowanie czasu nad kawą, kiedy doskonale wiem, że powinnam robić cośkolwiek bardziej konstruktywnego, niż buszowanie po sieci (ale jednak mi się nie chce).

  1. Łukasz Maślanka – jego słuszne Maślanizmy na wszystko. Człowiek, który po prostu opisuje otaczający go świat. To, co w tym świecie go ujmuje, co go wkurza, co porusza. Uwaga: MA POGLĄDY! Nie zawsze się z nimi zgadzam (w Łukaszu wbrew temu, co imputują niektórzy, nie ma absolutnie nic z porządnego lewaka). Ale posiadanie poglądów – własnych, wyprodukowanych w wyniku przemyśleń, trawienia zdobytej wiedzy, doświadczania świata – to dzisiaj rzadkość. Doceńcie i poczytajcie, a poza tym, z Łukaszem po prostu zaprzyjaźnijcie się – to przeciekawy i prześwietny człowiek.
  2. Pola Matysiak i jej „Zaginam Rogi”. Pola kocha książki. I z miłości do książek powstał jej blog, który rozwija się w coraz przyjemniejszym intelektualnie kierunku – coraz więcej tam przemyśleń, odczuć i wrażliwości, którą zawsze w niej odnajdywałam. Mam przeczucie, że to jej zaginanie rogów w tym roku będzie bardzo udane i warte obserwacji, dyskusji i współprzeżywania.
  3. Gosia Bronikowska – PseudoNaukowcySrowcy. Studiowałyśmy razem filozofię. Przychodziłam na zajęcia z filozofii współczesnej, mając poczucie, że oto jestem najbardziej pognębionym człowiekiem na świecie – w końcu była 14.40, za oknami szalała wiosna, i komu chciałoby się siedzieć nad Carnapem i Diltheyem? Poprzeklinawszy w duchu na świat i ludzi zazwyczaj zawieszałam wzrok na jej czarnym piórze, które poruszało się po powierzchni zawsze gładkiej, białej kartki – Gosia robiąca notatki. Gosia filozofka, Gosia astronomka. Gosia – mój ideał kobiety zajmującej się nauką. I jakkolwiek tytuł jej bloga jest nieco przewrotny, wierzcie mi – to ma sens. Bo właśnie dobrała się do tyłka wszystkim tym, którzy uważają siebie za alfy i omegi nauki, a tak naprawdę – nie mają o niej zielonego pojęcia. Zdematematyzowanym wstęp zasadniczo wzbroniony!
  4. Dominik Kaznowski – Networked Digital Age. Z Dominikiem dzielę myśli i spostrzeżenia dotyczące rzeczywistości medialnej, która dziś jest czymś w rodzaju metapoziomu w stosunku do świata 1.0. Oboje pracujemy w tej samej branży; jesteśmy analitykami komunikacji i marketingu. Z lektur Dominika i z jego przemyśleń zaczerpnęłam ogrom inspiracji – dobrej, twórczej – i motywacji. I nie wyobrażam sobie swojej dziedziny bez jego tekstów, które odsłaniają przed czytelnikiem całą głębię ponowoczesnego świata mediów.
  5. Medium Aevum. Długo wahałam się, czy w ShareWeeku umieszczać blog znajdujący się na Tumblr. Doszłam jednak do wniosku, że stron – tak dobrze, systematycznie prowadzonych – poświęconych średniowieczu, jest dzisiaj naprawdę mało (pomimo wszechzalewu wszechtreści we WszechInternecie). Medium Aevum to filozofia, sztuka, literatura, geografia, ale też historia i wojskowość średniowiecza. To przede wszystkim zbiór wizualiów – każda z nich jednak opatrzona jest bardzo wartościowym informacyjnie komentarzem. Prawdziwa uczta dla mediewistów i nie tylko. Blog w języku angielskim.

ShareWeek jest subiektywny, bardzo. Ale jedno Wam mogę obiecać: czytając te blogi nie stracicie czasu. (:

Standard
Filozofia

Mały tekst o bólu

Okruchy Kultury - Mały tekst o bólu

Every day I travel
To keep my mind quiet in its cage
Every night I’m dancing
With the images I generate

Szepty, szmery. Strach i nieutulenie. Podskórna, rwąca rzeka, a czasem jedynie ćmienie, które majaczy gdzieś na granicy snu przed świtem, tuż pod powiekami. Jakiś czas temu zrozumiałam, że to nie tak, że coś nas boli, że doznajemy bólu; nie. My poruszamy się przez ból i w bólu istniejemy. Jak w przestrzeni, jak w czasie. Przez ból uczymy się świata. Może pełniej, niż przez rozkosz, przez spokój, szczęście. Czytaj dalej

Standard
Varia, Zapiski z podróży

Modlę się śpiewem. Zapiski z podróży (IV)

Okruchy Kultury - Modlę się śpiewem. Zapiski z podróży (IV)

Co dzień rano staję
Przed świętym, świętym cieniem
Chylę głowę panie

Anna Szałapak, Tchnienie

Każda droga prowadzi nas zawsze w inną drogę i – najpewniej – nigdy nie zjawiamy się w tym samym miejscu po raz drugi.

Z nadejściem zimy mistyka podróży staje się szczególna – biel ścieląca się na polach, drewniane domy rzucone pod las, gdy jadę na południowy wschód. Wita mnie ciepłem, tajemnicą, delikatną, skrzącą się od srebrnego śniegu nocą. Kiedy zagłębiamy się w miasto kościołów, w głowie rozbrzmiewa mi muzyka, złączona z krokami ludzi wielu ras i kultur, jacy kiedyś przemykali zaśnieżonymi, wąskimi ulicami, chroniąc się przed nadciągającym zmrokiem.

Modlę się ze szczęścia i z tęsknoty, modlę się o dobry dzień i o spokojną noc. O łagodność świata, o czułość czasu. Modlę się zawsze śpiewem, cicho, wsłuchując się we własne kroki. I chyba nie potrafiłam nigdy inaczej, niż wyśpiewać całą radość, wszystkie marzenia, ale i wdzięczność, pokorę, spokojne uświadamianie sobie celów. Modlitwa w śpiewie jest opowieścią. Głęboką, choć czasem dziecinną – opowieścią o nas samych i wszystkim, co piękne wokół.

 Modlę się śpiewem, bo w muzyce, w śpiewie zapisuje mi się świat. Jak w zapachach, jak w unoszących się znad lasów o świcie mgłach. Dźwięki zaś – w przeciwieństwie do słów i obrazu – mają tę fascynującą właściwość bycia niezmiennymi w czasie – zapamiętuję je całą sobą i wiem, że pamięć nigdy nie zwróci się przeciwko mojej obsesji dokładności – słyszę i śpiewam zawsze tę samą melodię. Śpiewając zaś najpełniej zachwycam się światem.

Zachwycam się miastem. W głowie mam melodię, i tylko za mało czasu, by przed świtem przysiąść w jednym z najwyższych punktów, spojrzeć na lśniące we wschodzącym słońcu dachy i zaśpiewać, zaśpiewać modlitwę o różowy zachód słońca i dobrą podróż.

Standard
Varia

Uczę się z czasem

Berlin, sierpień 2013.

Berlin, sierpień 2013.

Uczę się cierpliwości, łagodności, wewnętrznego spokoju. Uczę się dobra, ciszy i wszystkich odcieni ciekawości świata. Uczę się z czasem, nie próbując go zatrzymywać. Nie żałując i nie tęskniąc za niczym, co przeszłe – życie to podróż, a podróżuje się zawsze w przód, ku nowemu, nieznanemu, nieopisanemu. Podróżuje się po siebie i po wiedzę. I tylko w liniowym, wiecznie biegnącym w przyszłość czasie, w którym jedyne, co posiadamy to teraz i nienazwane jutro – cykliczność jest wrogiem wszelkiej nauki. Czytaj dalej

Standard