Tag Archives: Armin van Buuren

Doskonałość nazywa się „Intense”

Kiedy wymyśliłam tytuł dla tej notki, siedziałam z przyjaciółką w jednej z gdyńskich kawiarni i zastanawiałam się, jak odbierzecie pojawienie się tak nieoczekiwanego na Okruchach wykonawcy, którego większość z Was pewnie w ogóle by ze mną nie skojarzyła. Armin van Buuren, moje niegasnące i najlepsze na świecie źródło endorfin, niedawno wydał swoją piątą autorską płytę, zatytułowaną Intense.

Armin van Buuren
Armin van Buuren

W muzyce Armina zakochałam się dzięki cotygodniowej audycji A State Of Trance, której jest gospodarzem. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z muzyką trance, byłam w sporym życiowym dołku i potrzebowałam motywacji, żeby zacząć ogarniać rzeczywistość dookoła w nieco bardziej konstruktywny sposób. Szybko zrozumiałam, że te dźwięki to w istocie płynne endorfiny, niesamowicie podnoszące na duchu, pobudzające marzenia i sublimujące w mojej duszy mnóstwo pozytywnej energii do życia.

ASOT to jednak nie wszystko –  studyjne albumy Armina, spośród których ukochałam sobie Imagine wydany w 2008 roku, to w mojej płytotece pozycje szczególne. Wielu ludziom, z którymi rozmawiam o muzyce, trance wydaje się nurtem płytkim, nieciekawym, przeznaczonym raczej do konsumpcji tanecznej i imprezowej. Jeśli należycie do tego grona – spróbujcie posłuchać choć jednego albumu Armina… obiecuję Wam, że zmienicie zdanie. Każda płyta to co najmniej godzina zaklętych w muzykę emocji, doświadczeń i przemyśleń holenderskiego producenta i DJ-a… i daleko im do powierzchowności, płytkości czy różnych innych, niepochlebnych cech, jakie zdarza Wam się przypisywać muzyce z tego gatunku.

Armin van Buuren - IntenseDo Intense podeszłam z lekkim strachem. Przyzwyczaiłam się przez ostatnie dwa lata, że nowe płyty moich ulubionych wykonawców bardzo mnie rozczarowują – muzycy zaczęli ulegać swego rodzaju mainstreamowi, co często wiązało się dla mnie z niemałym wcale, estetycznym rozczarowaniem. Przemogłam się jednak i kiedy tylko album znalazł się na Spotify, włączyłam… i zakochałam się od pierwszych dźwięków tytułowego utworu.

Delikatna melancholia, która ujawnia się w dźwiękach klasycznych instrumentów wykorzystanych w kawałku otwierającym płytę… wyraziste emocje, doskonale współgrające z rytmiką, które od pierwszego przesłuchania płyty kojarzyły mi się z tym szczególnym rodzajem pogody, kiedy promienie słoneczne na przemian to nikną, to  przebijają się nagłą jasnością zza chmur… Intense jest inny, niż wcześniejsze albumy Armina. Jest powrotem do tego, co w trance ujęło mnie najbardziej; wyzwala na co dzień tłumione wzruszenia, sprawia, że myśli płyną – jakkolwiek to zabrzmi – wizjonerskim, świeżym torem.

To muzyka, przy której idealnie się myśli, pracuje, kreuje… ale nie tylko. Wiem, że Intense będzie towarzyszyła mi na wielu spośród moich wielokilometrowych spacerów przez całe Trójmiasto, jak i tych, które prowadzą przez plażę lub lasy porastające klif… te dźwięki uskrzydlają. Nie wierzycie? Posłuchajcie utworu otwierającego płytę:

Przy okazji, na koniec – pozdrowienia dla osoby, która jak tylko zobaczyła zdjęcie Armina na okruchowym Facebooku, ostentacyjnie go odlubiła. Doceniam Twój szacunek dla różnorodności. :*