Kategoria: Zapiski z podróży

Warszawa. Miasto rozproszone

Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.
Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.

Gdy do niej wracam kilka dni temu, wita mnie mgłą i wilgocią zakradającą się niepostrzeżenie pod prochowiec. Jest południe, a niebo nie wygląda inaczej, niż te trzy i pół roku temu, kiedy w październiku przyjechałam do kogoś w odwiedziny, a w mojej głowie powstała myśl, że przecież można tu zostać; wysoka, przepaścista bladość, śmiertelny odcień żółci przebitej srebrem. Warszawa. Miasto rozproszone, miasto bezładne, miasto moje wymarzone, a potem znienawidzone. Czytaj dalej

Cienie i półprawdy – Muzeum Historii Żydów w Berlinie

Każde spotkanie z kulturą żydowską – w muzeach, w teatrze, w literaturze – jest dla mnie jak święto. Nie tylko dlatego, że jest fascynująca sama w sobie; również ze względu na podstawy, które dała Europie, pozornie jednolicie chrześcijańskiej. Poszukując śladów Żydów w krajach starego kontynentu widziałam już Pragę i zespół jej mistycznych, pełnych pamięci i spokoju synagog. Widziałam tętniącą wciąż życiem dzielnicę żydowską Paryża… Znam też zrujnowaną synagogę w Poznaniu, w której przez lata był basen miejski, z niecierpliwością też czekam na to, co w tworzonym właśnie muzeum poświęconym Żydom pokaże Warszawa, będąca w tym kontekście szczególnie tragicznym miejscem. Muzeum Historii Żydów w Berlinie, osławione architekturą Daniela Libeskinda i niesamowitą promocją, było miejscem, które szalenie pragnęłam odwiedzić… i równie szybko zapragnęłam też z niego wyjść. Dlaczego? Czytaj dalej

Ville de Lille: Braderie i kołysanki francuskiej Północy

Około 620 roku podróż z burgundzkiego Dijon do Anglii musiała trwać dobrych kilka miesięcy i bynajmniej nie należała do bezpiecznych… Mimo to, zdecydował się ją przebyć książę Salvaert wraz ze spodziewającą się dziecka żoną – Ermengaert. Gdy przemierzali Flandrię, wpadli w zasadzkę zastawioną przez miejscowego watażkę, Phinaerta. Salvaert i jego ludzie zginęli w walce, Ermengaert zaś udało się uciec. Schroniła się w leśnym szałasie pewnego eremity, gdzie urodziła synka; przy porodzie jednak zmarła. W ostatnich słowach zawierzyła dziecko temu, który dał jej tymczasowy dom, on zaś wziął chłopca pod opiekę, wykarmił mlekiem żyjących w lesie saren, a na imię dał mu – po sobie – Lydéric. Gdy syn Ermengaert dorósł, starzec opowiedział mu historię jego pochodzenia, wzbudzając tym samym w młodym człowieku ogromną chęć zemsty. Wkrótce Lydéric odnalazł mordercę swego ojca i pokonał go w pojedynku, jednocześnie przejmując władzę nad ziemią, która do tej pory należała do Phinaerta; osiadł tu, zakładając miasto Lille, a było to – według legendy – w 64o roku. Czytaj dalej

Treat me well, September – o jesieni w Gdańsku

Zawsze mówiłam, że jesień to czas, w którym świat pięknieje. Na Pomorzu szczególnie – pustoszeją plaże, a gdański bruk pokrywa się ukochaną przeze mnie warstwą wilgoci, niesioną z coraz to chłodniejszym, drobnym deszczem, który przed wieczorem przenika przez ubranie, osadzając się na skórze. Jesienią powracam do swoich długich spacerów, na które latem nie znajduję miejsca pośród tysięcy turystów; swoim gwarem zawłaszczają przestrzeń, która zdominowana przez kiczowate pamiątki i wszędobylskie, reklamowe parasole traci swoje piękno. Czytaj dalej

Berlin. Fragmentując miasto

Ja i moja Mama. Spotykamy się kilka razy w roku. Z okazji świąt, niekiedy nawet nie. Na chwile, ułamki chwil – zbyt krótkie, żeby porozmawiać naprawdę, żeby wymienić się życiem, żeby wspólnie wchłonąć trochę świata, tak, jak to kiedyś razem miałyśmy w zwyczaju. Kiedy w tym roku okazało się, że obie mamy wystarczająco wiele czasu, by na moment oderwać się od codzienności, naprędce złożyłyśmy plan wyjazdu do Berlina i po prostu wsiadłyśmy w pociąg.

Berlin, sierpień 2013

Ostatni raz widziałyśmy to miasto dwanaście lat temu. Obie zachowałyśmy wspomnienia ołowianego nieba, kłębiącego się ciężkimi od deszczu chmurami nad zdumiewająco bogatą bryłą neobarokowej, protestanckiej Berliner Dom. Miasto, którego historia jest niełatwa… i nie opowiem Wam jej w tym poście. Tu jedynie zasygnalizuję, że do Berlina wrócę w tekstach, że będę przekopywać się przez kolejne jego warstwy. Bo Berlin ma warstwy. Warstwy, które odkrywa się powoli, do których trzeba cierpliwości i zapomnienia wszystkiego, czego nauczyliśmy się w szkole o (przed)wojennej historii Europy. Bez tego nie da się stawić czoła temu miastu pełnemu cierpienia, zawiłości, ale i piękna. Czytaj dalej

@Warsaw1944 – Muzeum niezwykłe

Wielu z Was zapewne dziwi, dlaczego tekst o Muzeum Powstania Warszawskiego tytułuję nickiem, pod którym ta instytucja obecna jest na Twitterze. Nie dzieje się to bez powodu; mówiłam Wam w poprzednim poście, co mnie najbardziej wkurza w obchodach powstańczych rocznic. Twitter w tym roku okazał się miłą odtrutką na te „niemiłe” rocznicowe doznania, bo wierzcie mi – dawno nie widziałam takiego ogromu serdeczności, bezpretensjonalnej i ciepłej, jak tam. Czytaj dalej

Był sobie Gdańsk…

Nigdy nie wyobrażałam sobie spędzić całego życia w jednym miejscu – w jednym domu, mieście, kraju. Stałe miejsce zamieszkania, pewna rutyna, która towarzyszy takiemu życiu, ułożony, linearny czas to rzeczy, które od najwcześniejszych lat życia wymykały mi się, a znacznie przedkładałam nad nie podróże samochodem, potem – długie trasy w pociągu, wreszcie – loty na wysokości ponad 10 tys. metrów, gdzie zdecydowanie najlepiej składają mi się w głowie teksty, nowe plany i marzenia. Czytaj dalej

Tysiąc drzewek cytrynowych w Menton

Poranki w Nicei mają niezwykłą właściwość manipulacji czasem i jego oddziaływaniem na przestrzeń. Powolne rozchylanie powiek, szarość nieba zlewającego się w linii horyzontu z nieodległym morzem, wzmagający się z każdą minutą szept miasta za oknem… Prysznic, trawa cytrynowa na skronie, nieco nieświadomie zakładane ubranie, jeszcze jakby przez sen… I nagle dworzec, kawa, gorąca, cierpka w smaku, pociąg. Tłum ludzi przesuwający się dookoła, słońce wdzierające się pod szkła ciemnych okularów… Droga do Menton. Droga przemierzana w szumie myśli, w rodzących się gdzieś na skrawkach papieru projektach, pół godziny niespełna, które przenosi w inny świat, a Menton samo w sobie, kiedy budzimy się tego dnia, to dla nas tylko przystanek w drodze do Gorbio (o którym później, na nie będzie jeszcze czas). Czytaj dalej

Z wizytą w Gdańsku u Jana – po renowacji

Nieczęsto zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona z efektów renowacji historycznych obiektów o niezwykłych walorach architektonicznych. Nieczęsto, zwłaszcza w Polsce, która słynie z niewytłumaczalnego dla mnie uwielbienia dla czegoś, co mądry człowiek z Internetu nazwał makabryłą. A składa się tak, że do niektórych gmachów przykładam specjalną wagę, darzę szacunkiem, sympatią, zachwycam się nad nimi – i nie ma wówczas większego cierpienia, niż nieudana renowacja.

Kościół św. Jana w Gdańsku po renowacji
Kościół św. Jana w Gdańsku po renowacji

Czytaj dalej