Kategoria: Zapiski z podróży

Moja Warszawa

Pierwszego sierpnia wysiadam późnym wieczorem z pociągu, który sunie przez Polskę aż z Drezna. Warszawa wita mnie złotym światłem, smakiem różowego wina i uczuciem niepokoju, które tak mocno jest wyczuwalne w stolicy tylko tego dnia. Nie wiem jeszcze, czy się polubimy. Wiem, że muszę tu zostać przez chwilę. Bogatsza o wiele innych miast, wielu ludzi i inne kraje, muszę stworzyć tu sobie – choćby na moment – dom. Czytaj dalej

Gdańsk. Rakiem wracam do domu

Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, stałam we Wrzeszczu na przystanku tramwajowym i podziwiałam ołowiane niebo, tak wysokie jak nigdzie wcześniej i wiatr, który zrywał się w porywach pachnących solą i nieznanym wówczas jeszcze światem.

Wracam rakiem do Gdańska po dziewięciu latach od tego dnia i trzy lata po tym, jak ostatni raz go opuściłam. I wracanie to jest jak droga po własnych śladach do głębi, do domu, bo to jedyne chyba miejsce w Polsce, gdzie człowiek potrafi mieć dom. Czytaj dalej

Zapiski z podróży: droga przez pustynię

Na granicy zabudowań mijamy ostatnie szkielety domów wielorodzinnych, gotowych do zamieszkania choć nigdy nie dokończonych. Beton i zbrojenia ostrzące się w nikłym świetle nadchodzącego dnia. Gruzowiska, które niedbale rzucone za teren budowy, pozostaną tu na zawsze, współtworząc księżycowy krajobraz egipskiego miasta, po którym błąkają się nieczyste psy.

Zapomnij wszystko, co wiesz o tym kraju.

Świt nad pustynią ma barwę ołowiu. Czytaj dalej

Jesień zaczyna się w Cambridge

– To miasto najlepiej oglądać jesienią. Popatrz: jest brązowo-złote. I ta czerwień starych cegieł – mówię i w miarę tego mówienia zdaję sobie sprawę, że chyba nie potrafię bardziej i lepiej opisać Cambridge. Właśnie tam zaczyna się dla mnie angielska jesień. Piękna, jeszcze ciepła od ostatnich promieni zniżającego się słońca, choć miejscami już pochmurna, wietrzna, niepokojąca deszczem. Czytaj dalej

Zapiski z podróży: do domu

Kiedy przynoszę Francisowi ostatni tego dnia kubek potwornie mocnej, miodowej herbaty, za oknami zapada już chłodna, wilgotna noc.

Przysiadam na krawędzi miękkiego, pluszowego fotela i słucham. Nie widzę go – ciemność zdążyła ukryć już skórę barwy gorzkiej czekolady, w pełznącym w górę pokoju mroku dostrzegam jedynie białka oczu i zęby, kiedy śmieje się smutny, wypełniony cynizmem. Czytaj dalej

Na marginesie: Ludzie, z którymi żyję

Affrah

Chociaż w marcu skończy dwadzieścia dziewięć lat, wygląda na osiemnaście. Ciemne oczy zasłania długimi rzęsami, które nie potrzebują ani jednego pociągnięcia tuszem. Głowę owija kwiecistym, jasnym hidżabem, który odrobinę nie pasuje do brudu ponurej, imigranckiej dzielnicy Liverpoolu, którą przemierzamy razem tamtego popołudnia. Jest piękna i pachnie fiołkami.

“Napluł na mnie i krzyknął, że mam spieprzać do swojego zawszonego kraju, do Somalii, że jesteśmy parszywi i tylko zabieramy IM pracę” – opowiada mi o zdarzeniu, które spotkało ją ledwie kilka dni wcześniej w autobusie linii, którą obie często jeździmy. “Nie, to nie był jedyny raz. Moją mamę spotyka to samo w komunikacji publicznej lub na ulicy, choć jej angielski jest perfekcyjny, niczym nie różni się od miejscowych”. Czytaj dalej