Kategoria: Muzyka

Na marginesie: o muzyce

Rytmicznie kołyszący się, przepotężny w wyrazie męski, grecki chór.
Falujący dostojeństwem.
Rozległy i przestrzenny, jak otwarte morze.
Przepiękny wyraz zachwytu.

Albo: przemożny ból.
Tułaczka, nadchodząca powoli noc.
Niebo rozcięte ostatnią, krwawą smugą zachodu słońca.
Głos wznoszący się w modlitwie, drżący, przerażony.
Osamotniony.

Albo: ulotność tańca.
Kurz na ulicach i gorące powietrze.
Kruchość szkła, ochra murów i błękit nieba.
Niekończące się, popołudniowe opowieści cienistych zaułków Madrytu.
Zapach dojrzałych pomarańczy. Czytaj dalej

„Kto chciałby żyć wiecznie…?” – o HIV i AIDS

O tym, czym jest AIDS dowiedziałam się mając chyba siedem, albo osiem lat, od rodziców, kiedy opowiedzieli mi, jak zmarł mój wówczas ulubiony (a dziś wciąż jeden z najważniejszych) muzyk – Freddie Mercury. Pamiętam czarną, plakatową niemal okładkę “Gazety Wyborczej” z grudnia 1996, może 1997 roku, z przerażającym, drukowanym mocnym fontem hasłem “AIDS ZABIJA”.
Dlaczego o tym piszę? Czytaj dalej

To nie jest wpis o muzyce; Passchendaele

Druga bitwa pod Passchendaele
Druga bitwa pod Passchendaele

Piszę tę notkę kilka dni później, niż planowałam (praca). W chwili, gdy rozumiem, że napisać ją muszę, zmierzcha się. W ciemności powoli nikną drzewa, rozpływają się kontury domów. Idzie listopad. Ostatni miesiąc bitwy pod Passchendaele, zwanej też trzecią bitwą pod Ypres, która naznaczyła 1917 rok śmiercią 400.000 ludzi tak po stronie brytyjskiej ofensywy, jak i wśród broniących się Niemców. Czytaj dalej

Doskonałość nazywa się „Intense”

Kiedy wymyśliłam tytuł dla tej notki, siedziałam z przyjaciółką w jednej z gdyńskich kawiarni i zastanawiałam się, jak odbierzecie pojawienie się tak nieoczekiwanego na Okruchach wykonawcy, którego większość z Was pewnie w ogóle by ze mną nie skojarzyła. Armin van Buuren, moje niegasnące i najlepsze na świecie źródło endorfin, niedawno wydał swoją piątą autorską płytę, zatytułowaną Intense.

Armin van Buuren
Armin van Buuren

W muzyce Armina zakochałam się dzięki cotygodniowej audycji A State Of Trance, której jest gospodarzem. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z muzyką trance, byłam w sporym życiowym dołku i potrzebowałam motywacji, żeby zacząć ogarniać rzeczywistość dookoła w nieco bardziej konstruktywny sposób. Szybko zrozumiałam, że te dźwięki to w istocie płynne endorfiny, niesamowicie podnoszące na duchu, pobudzające marzenia i sublimujące w mojej duszy mnóstwo pozytywnej energii do życia.

ASOT to jednak nie wszystko –  studyjne albumy Armina, spośród których ukochałam sobie Imagine wydany w 2008 roku, to w mojej płytotece pozycje szczególne. Wielu ludziom, z którymi rozmawiam o muzyce, trance wydaje się nurtem płytkim, nieciekawym, przeznaczonym raczej do konsumpcji tanecznej i imprezowej. Jeśli należycie do tego grona – spróbujcie posłuchać choć jednego albumu Armina… obiecuję Wam, że zmienicie zdanie. Każda płyta to co najmniej godzina zaklętych w muzykę emocji, doświadczeń i przemyśleń holenderskiego producenta i DJ-a… i daleko im do powierzchowności, płytkości czy różnych innych, niepochlebnych cech, jakie zdarza Wam się przypisywać muzyce z tego gatunku.

Armin van Buuren - IntenseDo Intense podeszłam z lekkim strachem. Przyzwyczaiłam się przez ostatnie dwa lata, że nowe płyty moich ulubionych wykonawców bardzo mnie rozczarowują – muzycy zaczęli ulegać swego rodzaju mainstreamowi, co często wiązało się dla mnie z niemałym wcale, estetycznym rozczarowaniem. Przemogłam się jednak i kiedy tylko album znalazł się na Spotify, włączyłam… i zakochałam się od pierwszych dźwięków tytułowego utworu.

Delikatna melancholia, która ujawnia się w dźwiękach klasycznych instrumentów wykorzystanych w kawałku otwierającym płytę… wyraziste emocje, doskonale współgrające z rytmiką, które od pierwszego przesłuchania płyty kojarzyły mi się z tym szczególnym rodzajem pogody, kiedy promienie słoneczne na przemian to nikną, to  przebijają się nagłą jasnością zza chmur… Intense jest inny, niż wcześniejsze albumy Armina. Jest powrotem do tego, co w trance ujęło mnie najbardziej; wyzwala na co dzień tłumione wzruszenia, sprawia, że myśli płyną – jakkolwiek to zabrzmi – wizjonerskim, świeżym torem.

To muzyka, przy której idealnie się myśli, pracuje, kreuje… ale nie tylko. Wiem, że Intense będzie towarzyszyła mi na wielu spośród moich wielokilometrowych spacerów przez całe Trójmiasto, jak i tych, które prowadzą przez plażę lub lasy porastające klif… te dźwięki uskrzydlają. Nie wierzycie? Posłuchajcie utworu otwierającego płytę:

Przy okazji, na koniec – pozdrowienia dla osoby, która jak tylko zobaczyła zdjęcie Armina na okruchowym Facebooku, ostentacyjnie go odlubiła. Doceniam Twój szacunek dla różnorodności. :*


Gdy zapada noc: Hecq

Latem noce na Pomorzu bywaja suche i gorące. Uwalniane z grubych, poniemieckich murów ciepło wzbija się do góry, wpełzając do pokoju przez uchylone okno, razem z zapachem maciejki i drzew, z morską bryzą i wszystkimi szeptami nocnego miasta. To noce, kiedy zmęczenie przynosi z sobą jedynie bezsenność i odległe spojrzenie w rozgwieżdżone niebo, czarne jak aksamit, na którym ktoś szczodrą ręką rozsypał miliony diamentów… W jedną z takich nocy poznałam Hecq, czyli Bena Lucasa Boysena – niemieckiego producenta muzycznego, którego z chęcią nazwałabym jednym z najznamienitszych malarzy muzycznych krajobrazów.

Hecq
Hecq

Nie wiem, kim był Człowiek, od którego dostałam płytę Night Falls. Rozmawialiśmy tamtej gorącej, czerwcowej nocy roku 2009 dobre kilka godzin, opowiadając sobie nawzajem swoje życia. Smutek ma to do siebie, że bywa wspólny dla wszystkich. W tajemniczy sposób łączy, czasem – silniej niż wiele lat znajomości i przyjaźni. Kuba, bo tak miał na imię wysoki, bardzo smutny gdynianin, który podarował mi płytę, dał mi coś więcej, niż tylko muzykę – Night Falls to rozległe pola pozornej pustki, kreślone technicznymi, chłodnymi drganiami syntezatora, otwierające we mnie niezmierzoną przestrzeń myśli. To skala szarości, skroplona, skondensowana, do granic emocjonalna, przecinająca człowieka na wskroś, drążąca w nim nisze i wnęki, w których odtąd zimować będą wypierane na co dzień uczucia.

Hecq - Night Falls
Hecq – Night Falls

Hecq przelał w ten album wszystkie brzmienia ludzkiego smutku. Egzystencjalnego, głębokiego, często złączonego ze strachem. Night Falls to jedyna płyta, która odznacza się tak ogromną melodyjnością i jest wolna od dominacji oddechu maszyn, które zawsze inspirowały jego twórczość. Ludzka, a zarazem absolutna, minimalistyczna, a jednocześnie bogata w ukryte, niemal nieuchwytne szmery, szepty i drgania, zawsze będzie dla mnie towarzyszką wspomnień jednej z moich najtrudniejszych sytuacji życiowych, a zarazem ogromnym świadectwem siły rozmów i relacji, jakie nawiązujemy – często zupełnie przypadkowo.

Czasem jeden uśmiech, wspólny bieg plażą i kilkugodzinna opowieść o własnych wspomnieniach uzdrawiają. Muzyka jest wówczas najlepszym opatrunkiem. Posłuchajcie utworu, który na zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem ciężkiego od gwiazd nieba, które nocą przegląda się w gładkim jak tafla rtęci morzu:

O Czarnym Aniele polskiej poezji śpiewanej: Ewa Demarczyk

Ewa Demarczyk

Pomysł na notkę o Ewie Demarczyk pojawił się spontanicznie, w wyniku rozmowy z Marysią, której fascynacja Baczyńskim musiała w końcu zaprowadzić do tego, że w mojej głowie rozbrzmiały monumentalnie przez Ewę śpiewane Deszcze. Ale, ale, od początku! Nie wiem, jak wielu z Was zna jej cudowne piosenki, dlatego zacznijmy od pewnych biograficznych podstaw, których oczywiście zbyt wiele nie będzie – po więcej zapraszają podwoje Internetu. Czytaj dalej

Egzystencjalna łagodność – Brendan Perry

Kiedy myślę o muzyce, traktuję ją jako coś, co w dużej mierze tworzy moje życie. Nie potrafię istnieć w oderwaniu od dźwięków – to one kreślą moje wspomnienia, pozwalają odnaleźć mi się we własnych osiach czasu, indukują przepływ twórczych myśli. Nie każdy jednak rodzaj muzyki staje się częścią mnie – niekiedy po prostu przepływam przez utwory, po to, by na chwilę ukołysać się dźwiękiem i na zawsze o nich zapomnieć… Dziś natomiast opowiem Wam o wykonawcy, któremu zawdzięczam ogromną część swojej wrażliwości – nie tylko muzycznej.

Brendan Perry Czytaj dalej

Brzmienie świata – Love Is Colder Than Death

Love Is Colder Than Death

Nie ma wielu wykonawców, których muzyka byłaby mi bliska tak, jak bliska może być człowiekowi skóra. Nie ma też wielu płyt, których mogłabym słuchać w nieskończoność, bez przerwy, powracając przy tym do wspomnień, z którymi są nieodłącznie związane w moim umyśle. Love Is Colder Than Death – niemiecka grupa, której twórczość można sklasyfikować rozmaicie – od nurtu darkwave przez neoclassical po muzykę typu world, dla mnie jest osobistym fenomenem i jednym z – ach, niech nawet zabrzmi szumnie – muzycznych odkryć życia Czytaj dalej

Vangelis, czyli o muzycznym płynięciu w głąb duszy

Nie potrafię pisać tekstów o muzyce. Nie interesuje mnie życie twórców, nie wnikam też w techniczne szczegóły, które dla wielu są centrum muzycznego zainteresowania… Nie. Nie potrafię i nie będę udawała, że jakkolwiek chcę Was w tych kwestiach zadowolić – po prostu napiszę tekst. Taki, jak zawsze – nieco emocjonalny, rozchwiany, subiektywny. Dlaczego? Bo Vangelis to ogromna część mojego (nie tylko muzycznego) życia. Czytaj dalej