Wszystkie posty Gosia Fraser

O książce, która jest jak droga

Istnieją książki, które czyta się raz, po to, by przez chwilę cieszyć nimi myśl. Istnieją też takie, do których się wraca. I wcale nie po to, by znaleźć taką czy inną informację… nie dla treści nawet. To książki, które są jak sny na jawie – książki jak podróż, jak muzyka, jak chwiejny lot nad głębinami. Nierzadko – własnego umysłu, czy też człowieczeństwa w ogóle. Jedną z tych książek jest praca Olgi Tokarczuk – Bieguni, w której utonęłam od pierwszych kilku słów. Uprzedzam jednak – jeśli obce są Wam oniryzm, przenikanie się światów, migotliwość rzeczywistości – nie dotykajcie jej kart. Nie traćcie czasu. Ani na książkę, ani na tę notkę. Czytaj dalej

Wymijając grecką łagodność

Nie wiem, jaki sens miałoby pisanie opasłej notki o sztuce greckiej, skoro powiedziano o niej całe mnóstwo rzeczy, w dodatku – zrobili to ludzie milion razy bardziej kompetentni ode mnie (vide Estreicher, Białostocki). Mimo wszystko, chciałabym napisać kilka słów, krytycznych wobec tego, jak przyzwyczailiśmy się ją postrzegać.

Przy okazji – wszystkie dalsze teksty dotyczące historii sztuki, od tego poczynając, będą miały charakter bardziej eseistyczny i nie zawaham się nasycać ich własnymi opiniami. Od edukacji rozumianej pozytywistycznie są podręczniki, a nie blogerzy. ; )

Kolumna grecka porządku jońskiego

Kolumna grecka porządku jońskiego

Jedną z największych bzdur, jakie pozwoliliśmy sobie wmówić w ciągu całego toku edukacyjnego (w ciągu którego kilkakrotnie większość z nas styka się z problematyką greckiego antyku, na lekcjach literatury czy też sztuki), to twierdzenie, że sztuka starożytnej Grecji jest darem epoki, w której dominowały pojęcia harmonii i stabilności (filozoficznej, estetycznej, poznawczej).

W tym miejscu nie wiem, w jaki sposób powinnam ugryźć wytłumaczenie tego „oskarżenia” współczesnej interpretacji sztuki greckiej; z jednej strony mogłabym zrzucić winę na poezję XIX wieku, na wszystkie wcześniejsze Grecją fascynacje, na stwierdzenie, że linia greckiej architektury czy rzeźby sama o taką recepcję się prosi… ale nie, to nie do końca tak.

Grecja epoki archaicznej (której zawdzięczamy wiele pięknych i do dziś podziwianych zabytków architektury, rzeźby, jak i rzemiosła) spowita była mrokiem, który może równać się jedynie dzisiejszym, płynnym czasom… Kto nie uświadamia sobie grozy, jaką niosły wówczas wiecznie zawieszona nad głową człowieka, agresywna boskość Dionizosa, czy też oddalone w czasie, lecz niezbicie obecne okrucieństwo Apollina, niech zajrzy do notek z zakresu filozofii – myślę, że co nieco wyjaśniają.

Harmonia, światło, stabilność – wartości, które rozwinęła w sobie sztuka grecka, moim zdaniem nie świadczą o kondycji mentalnej czy intelektualnej społeczeństwa, w którym były wykorzystywane. Wraz z całą filozofią epoki klasycznej, która „porządkuje” nieco grecką duchowość i wyzwala ją spod grozy, niemalże terroru, niesionych przez religię, sztuka ta jest wyrazem dążeń, pragnień, wreszcie – działań ludzkich wymierzonych w to, by rozproszyć mrok.

Każda klasyfikacja, standaryzacja (jak w przypadku porządków architektonicznych czy też standardów ludzkich proporcji w rzeźbie) służy wprowadzaniu równowagi w miejsce wcześniej jej pozbawione… wydobywa ład z chaosu, jakkolwiek tendencyjnie by to nie brzmiało. Tak i często mam wrażenie, że greckie próby kontrolowania świata, w którym dane było żyć ludziom tamtych czasów, przesadna wręcz dbałość o cnotę, skłonność do moralnych ocen, wreszcie – wola nurzania się w pięknie rozumianym w najbardziej etyczny z możliwych sposobów – to wszystko próby radzenia sobie z tym, co dziś nazywamy egzystencjalizmem, a nawet nihilizmem – to kolejne, tym razem – nie religijne – zaklinanie, czarowanie świata. Prawda – bardzo piękne, ale nie mające nic wspólnego z racjonalnością, której w greckiej sztuce upatruje niemal każdy z nas, od początku szkoły podstawowej.

Głowa GorgonyGłowa Gorgony

Nigdy nie przepadałam za sztuką grecką, właśnie ze względu na jej zbyt stateczny, zakłamujący rzeczywistość charakter – później jednak odkryłam jej specyficzne obszary, takie, jak te związane z teatrem czy, konkretniej – z rytuałem misteriów eleuzyńskich, w których ujawnia się całe bogactwo greckiej religii, wraz ze wszystkimi emocjami, jakie budziła ona w człowieku.

Chciałabym zakończyć tę notkę w sposób otwarty, pytając wprost – wolicie w przypadku notek o sztuce formułę szkolną, czy taką właśnie, jak dziś? I tak, wiem, że nikt nie skomentuje. (:

„Dû bist mîn, ich bin dîn” – muzyczne opowieści rycerzy ze Szwarcwaldu

Początkowo chciałam napisać Wam notkę o iluminowanych manuskryptach, które są dla mnie esencją piękna średniowiecza… początkowo. I to było wczoraj. Bo dziś rano przypomniałam sobie, wpatrując się w foldery swojej biblioteki muzycznej, że przecież pewien czas temu obiecałam pisać o niemieckiej tradycji Minnesängu… Ta rozwijana od XII stulecia, umuzyczniona forma liryki dworskiej fascynuje mnie od dość dawna, a współcześnie doczekała się wielu wspaniałych interpretacji – pozwólcie więc, że połączę oba tematy, a dźwięki zilustruję pięknem starych ksiąg.

Codex Manesse Czytaj dalej

Wyzwanie rzucone przez zagadkę

Tezeusz i Ariadna

W chwili, gdy Tezeusz ujął koniuszkami palców delikatną nić Logosu, którą podarowała mu Ariadna, Apollo nakazał człowiekowi umiarkowanie i kontrolę nad sobą, oczywiście stawiając swą boskość poza koniecznością stosowania się do tych nakazów. Tym samym, przekorny bóg rzucił ludzkości wyzwanie, prowokując ją i podżegając do nieposłuszeństwa – zupełnie tak, jakby wiedział, że ludzie byli już wówczas zbyt dumni na to, by tak po prostu się podporządkować… Dwuznaczność postawy Apolla ujawnia się przede wszystkim w słowach wyroczni, które dla rozdartego między emocje i rozum człowieka zmieniają się w zagadkę. I mówią tym samym, że świat ludzki od boskiego jest już dawno oddzielony. Bez możliwości ponownego złączenia. Zagadka, która zostaje postawiona przed człowiekiem, jest jednym z najbardziej wyraźnych przejawów nieprzychylnego, przewrotnego działania Apollina. Sam akt jej zadania jest nacechowany wrogością i okrucieństwem. Czytaj dalej

„Dziadek do orzechów” – o tajemniczym świecie, co w Wigilię ożywa pod choinką

 

Dziadek do orzechów - wykonanie The Royal Opera House Ballet,

 

Nie jestem pewna, od czego się zaczęło – czy od winylowych płyt ze świetnie zrobionym słuchowiskiem, które pobudzało wręcz nieziemsko moją dziecięcą wyobraźnię, czy od baletu nagranego na kasetę VHS, który oglądałyśmy z Mamą późną nocą, zakopane po uszy w miękką pościel jej łóżka. Wiem jedno – Dziadek do orzechów jest tym szczególnym elementem, który sprawia, że czuję, że wiem po prostu, iż są Święta. Czytaj dalej

O zimowej Toskanii i panforte pachnącym korzeniami

Włochy to kraj dla mnie magiczny – a zwłaszcza Toskania, latem pachnąca tysiącem drzewek cyprysowych i świeżą oliwą. W środku krainy łagodnych wzniesień, pod zawsze błękitnym niebem leży Siena – niegdyś skromna, etruska osada, która w ciągu wieków przekształciła się w jedno z najbogatszych miast Europy (XIII i XIV wiek), a także w ojczyznę nowożytnego kapitalizmu (!) – sieneńscy bankierzy udzielali pożyczek połowie Europy, a interesy możnych i kupców kwitły w sposób nadspodziewanie słuszny. Czytaj dalej

Wszystkie brzmienia grudnia

Kiedy zaczynałam pisać Okruchy, założyłam sobie, że oto powstaje miejsce, które ma posłużyć przede wszystkim temu, bym mogła wyrażać swoje widzenie kultury i wszystkich jej przyległości. Dryfując w filozofii, w sztuce, niepostrzeżenie pogrążyłam się w wyłączności tematów, zapominając o tym, jak szerokie jest pojęcie kultury… i, całkiem niechcący, zepchnęłam na margines rzeczy tak cudowne, jak literatura, podróże czy muzyka. Czytaj dalej

Bóg wieszczenia

Pisząc pierwszą notkę o filozofii, wskazałam na początki mądrości, które tkwią w szaleństwie. Heraklit w swoich zapiskach wspomina o Sybilii natchnionej przez boga, która wypowiada się szalonymi ustami bez uśmiechu, bez ozdabiania. Wyrocznię – sługę Apollina, cechowały poryw i upojenie (tak charakterystyczne dla pierwotnej, greckiej religijności) o wiele wcześniej, niż rozwijający się dopiero kult Dionizosa. Czytaj dalej

Gdzie nigdy nie zachodzi Księżyc – słowo o starożytnej Mezopotamii

W miejscu, gdzie spaloną słońcem ziemię nawadniały wody dwóch wielkich rzek – Eufratu i Tygrysu, ponad dwa tysiące lat temu zmieszało się z sobą wiele ras i ludów, które złączyła wspólna religia. Oparta na przekonaniu, że człowiek stworzony jest na podobieństwo Boga, wiara ta scalała narody, budując ich wspólne legendy, historię i prawo. Ludzie Mezopotamii, choć różni pod względem etnicznym, używali tego samego pisma, nawet, jeśli mówili odmiennymi językami. Architektura budowli, które wznosili, tworzyła jednolity i spójny styl, i aż trudno pomyśleć, jak burzliwa i niełaskawa historia ukształtowała ów obszar, jak i zamieszkujących go ludzi.

Czytaj dalej