Listopad w Warszawie. Powązki

Na Powązki trafia się ze środka zgiełku, jakim tętni wielkie skrzyżowanie ulic przy Rondzie „Radosława” w Warszawie.

Jerzy Waldorff pisał, że to miejsce „Za bramą wielkiej ciszy”. Cisza obejmuje i ogarnia każdego, kto bramę tę przekroczy.

***

Do grobu bezimiennego lotnika, który zginął w wieku zaledwie 24 lat idzie się długo, mijając kwatery znane z telewizyjnych kadrów towarzyszących kweście na rzecz konserwacji Starych Powązek – nierozerwalnie związane z moją pamięcią o pierwszym listopada.

Mogiła porasta bluszczem i paprociami, zielonymi, rozwijającymi swoje tajemnicze, szerokie liście z setkami drobnych, czarnych źrenic na spodzie. Nie ma jej tu – nie istnieje, zapadła się w czas i jedyne, co wskazuje ze leży tu człowiek, to wbite na sztorc w ziemię śmigło – jak wyrzut sumienia i duma, szaro-srebrzyste, opierające się rdzy, połyskujące o zachodzie słońca.

***

Zmarła przy porodzie, w wieku lat 23. Jej grób jest biały, wznosi się w niebo wysokim, smukłym cokolikiem. Zdobi go rzeźba przedstawiająca kobietę w ludowym stroju, z warkoczami tak wycyzelowanymi, że widać pojedyncze włosy. Oczka, przez które przechodzą wiązania wyrzeźbionego na plecach gorsetu. Piersi, pełne, zbyt pełne, ze sterczącymi sutkami, spódnica, spod której widoczny jest skrawek lekkiej, koronkowej halki. Makabryczna pornografia – ta scena, ta kobieta, prosta jak struna, i jej epitafium, była żoną i zmarła przy porodzie, niczego więcej w życiu nie zrobiwszy.

***

Tafla wody jak lustro w naczyniu, w którym sto lat temu płonął olej, rozświetlając mrok po stracie matki i męża. Zmarli niepostrzeżenie, jedno po drugim. Pozostało po nich mauzoleum, z niedomkniętymi, neogotyckimi drzwiami, w których zbierają się liście. Przeglądam się w niej i chwytam odbicie krzyża, który zwieńcza dach tego smutku i tej rozpaczy młodej kobiety, która została sama na świecie, całkiem sama, z tym drugim domem, z tym grobem. Ile wieczorów spędziła przy płonących w czterech narożnikach zniczach oliwnych? Ile razy marzyła, by zamieszkać tam jak najprędzej, dołączyć do wszystkiego, co było przecież jej sensem i światem, co nagle tak zmieniło się w pustkę…?

***

Nie ma bardziej indywidualnego od śmierci doświadczenia. Nie ma przeżycia bardziej intymnego, odzierającego człowieka ze wszystkiego, co całe życie tworzył. Nie, nie chodzi tu o śmierć własną – ale o odchodzenie bliskich. O ten proces straty, którego wybuch, początek, rozbrzmiewa w głowie latami i czasem pociąga za sobą w przepaść rozpaczy tych, którzy nie chcą i nie potrafią istnieć dalej, sami, wśród żywych.

Stare Powązki w Warszawie to zapis ponad miliona indywidualnych historii rozpaczy, odchodzenia, miłości, cierpienia, rozłąki na chwilę przecież tylko, pożegnań przed długą podróżą, której finału nikt nie zna. To prawie 250 lat tracenia, a mimo wszystko żywienia nadziei – że gdzieś tam, za progiem, za bramą wielkiej ciszy, czekają ukochane dłonie, ciepłe spojrzenie i uśmiech tych, których znamy. Żon, mężów, dzieci. To także droga bezimiennych, którzy zginęli, zgaśli jak chwiejny płomień, których zabiła wysokość nieba i niesiony wiatrem przypadek, odbierający im przyszłość, a także bliskich, których dopiero mogli mieć (czy właśnie dlatego ich groby są zapomniane…?).

Ilekroć mieszkam w Warszawie, przychodzę w to miejsce, w którym cisza ma szczególnie głośne brzmienie.

Gosia Rybakowska
  • Morning Lark

    Przepiękny post! Twój styl i język jakim piszesz podkreśla całą melancholię tego miejsca.