„Witajcie w raju…”. Reportaż tendencyjny jak turystyka

Lubię złe książki.

Lubię czasem czytać literaturę, która zeszmaca człowieka intelektualnie, poniewiera nim, a potem trzeba szorować się czymś porządnym, bądź nawet podejmować czytelniczą abstynencję.

Chłam wykazuje działanie kojące, również rozrywkowe – niedoceniona jest rola kiepskiej książki. I każdemu, kto brzydzi się nią – polecam, przełam się, spróbuj, zanurz się w bagnie literatury tak złej, że żal będzie dalej wierzyć we własny literacki gust!

Mam jednak absolutnie zaniżoną (a może nawet zerową) tolerancję na kiepski reportaż. To chyba jedyny rodzaj literatury, który powinien być szmiroodporny. Powinien bronić się sam, przede wszystkim swoimi związkami z rzeczywistością i tym snem o marzeniu wszystkich dziennikarzy – obiektywizmem (o ile w ogóle istnieje i warto tak twierdzić).

Książka Jennie Dielemans to chała

Dawno nie było na Okruchach tak silnego stwierdzenia (dawno nie było na Okruchach czegokolwiek!). Dawno też nie wkurzyłam się tak mocno czytając reportaż tak tendencyjny, bezbarwny, napisany jak na zamówienie niszowych pisemek z określonej strony sceny politycznej, które mają za zadanie napiętnować określone postawy w imię gloryfikacji innych (a wszystko w zgodzie lub przeciw jakiejś idei – po co?).

Tajlandia, Wietnam, Dominikana, Haiti i ich problemy z turystyką, która rozkłada a zarazem warunkuje życie lokalnych społeczności. Ponad dwieście stron narzekania na to, jak potężną komerchą jest masowa turystyka, naśmiewania się zarówno z tych, którzy pragną leżeć plackiem podczas wczasów all inclusive jak i tych, którym jeszcze wydaje się, że są wyjątkowi i z plecakiem przemierzają świat. Nie zabrakło też pomstowania na tworzenie się symulakrów, które zastępują prawdziwość tego, co wcześniej było dzikie i nienaruszone przez turysty szkiełko od aparatu i spragnione wrażeń oko.

Ten reportaż nie jest reportażem. To zbiór powierzchownych opowiadań naszkicowanych na poziomie głębi intelektualnej lepszego liceum. Dowiaduję się, że hotele budują zatrudnieni w niemal niewolniczych warunkach pracownicy. Że Wietnamki się prostytuują (i za jaką cenę). Że podtatusiali Amerykańce chętnie z tego korzystają (Szwedzi, Niemcy i inni też, wcale nie są lepsi – z właściwą pogardą zaznacza autorka, odmalowując bardzo jednorodny portret mężczyzn po czterdziestce).

Witajcie w raju… jest książką złą przede wszystkim dlatego, że utrwala stereotypy i nie wyjaśnia nawet, dlaczego to robi. Nie rozumiem, dlaczego masowa turystyka w Tajlandii czy Wietnamie (w przypadku którego bardzo dużo miejsca autorka poświęca zainteresowaniu strefą zdemilitaryzowaną) jest zła, a ta we Florencji czy Pradze jest w porządku. I nigdzie nie pada nawet jedno zdanie na ten temat. W książce Dielemans Europa nie istnieje (chyba, że jako coś złego). Nie ma też żadnej analizy tego, czym właściwie jest turystyka (oprócz opowiedzenia historii Cooka, który stworzył pierwsze „masowe” biuro podróży).

Pytam zatem: dlaczego w Wietnamie źle, a w takiej Wenecji, która co roku przez turystów tonie w śmieciach, ściekach i zapada się pod wodę, a wszyscy jej mieszkańcy już dawno uciekli, całkiem cacy? Z tej książki się tego nie dowiem. Może dlatego, że Dielemans woli nie dostrzegać problemów własnego kontynentu, bo one rozwiążą się na poziomie politycznym, czy to lokalnym, czy też unijnym. Wciąż żywa jest wiara w sprawczość struktur politycznych „cywilizowanego” kontynentu i przecież byłoby lepiej wyeksportować to wszystko w mityczne *tam* – bo wtedy z pewnością natychmiast poprawi się sytuacja, a lokalsi nie będą musieli zaharowywać się w hotelach na usługach turystów.

Turyści oczywiście są bezmyślni, bo miejsca to dla nich jedynie konsumpcja doznań.

Zgoda, dla większości tak. Większość istotnie lubi ułożyć się brzuchem do góry *na wywczasie* w Malezji czy na innej Majorce. Wypić drinka i przez chwilę poudawać królów życia. Nie każdy człowiek ma ambicje, by być historykiem sztuki, aktywistą praw człowieka czy obrońcą praw zwierząt, nie mówiąc już o amatorach geologii czy dzikiej przyrody. Nie każdy musi je mieć – na tym polega wolność wyboru w dzisiejszym świecie, często z urynkowioną twarzą – ale ten rynek to naturalna konsekwencja świata, jaki sobie stworzyliśmy.

Ci sami turyści, jakimi pogardza Dielemans, to ludzie, którzy coraz częściej zapadają na różnego typu zaburzenia psychiczne, przede wszystkim związane z występowaniem lęków, depresji i uzależnień. Ucieczka w turystykę – łatwo dostępną, tanią, bezpieczną – dla wielu może być jedynym ratunkiem i drogą do utrzymania się w pionie. Czy nadal warto ich tak oceniać?

Witajcie w raju… to książka, której nie chce się czytać do końca. Jej tendencyjność, jednostronność, brak pogłębionej analizy i hipokryzja będąca wisienką na torcie sprawiają, że zmarnowany został temat, który można było potraktować poważnie – bo w pewien sposób bycie turystą określa sporą część nowoczesnej tożsamości nie tylko Europejczyków, ale i Azjatów.

I tu, kończąc, napiszę tylko, że ciekawa jestem jak Dielemans odniosłaby się do sprawy Japończyków, którzy są ostatecznie turystami, przyjeżdżają do Europy, fotografują, zrywają się z korporacyjnej smyczy… a potem popełniają samobójstwa bądź w najlepszym razie wpadają w depresję po powrocie do swoich realiów, w których nie ma ani śladu europejskiego luzu.

Gosia Rybakowska