Na marginesie: po zamachach w Paryżu

Pantin, niegdyś samodzielna jednostka administracyjna położona nieco ponad 6 kilometrów od centrum Paryża, dziś – przedmieścia świetlistej metropolii. Przy stacji metra – przedostatniej dla linii numer 5 – kościół, którego historia sięga XII wieku. Zaniedbany, szary, z wnętrzem pachnącym wilgocią. Wokół – wielojęzyczny, wielokulturowy tłum przybyszów z Bliskiego Wschodu oraz Czarnej Afryki.

***

Kreuzberg, niegdyś najbiedniejsza dzielnica Zachodniego Berlina, w większości dziś zamieszkana przez imigrantów, głównie tureckiego pochodzenia, z których – według danych na 2006 rok – 31,6% nie ma niemieckiego obywatelstwa. To właśnie tu znajduje się Muzeum Żydowskie, ten wyrzut sumienia Niemiec, ten obowiązek, który trzeba było zrealizować. Budynek Libeskinda zewsząd otaczają slumsy.

***

Newham, jedna z gmin Wielkiego Londynu, położona we wschodniej części aglomeracji. Szyldy sklepów, które mijam, mówią do mnie w tajemniczych językach Afryki i Azji. Z wypiekami na twarzy podziwiam wystawy sklepów oferujących modne ubrania dla muzułmanek, lśniące od cekinów i haftów hidżaby. Po zmroku, pod ścianami niedoświetlonych budynków, pod opuszczonym, popadającym w ruinę kościołem, zbierają się młodzi mężczyźni. Ponad 70% populacji Newham to ludność kolorowa. Około 30% to muzułmanie.

***

Dlaczego o tym piszę? Czego upatruję w strukturze etnicznej tych peryferyjnych dzielnic wielkich, europejskich stolic? Pewnej tendencji, która – na przykład w Wielkiej Brytanii – przekłada się również na mniejsze miasta. Na Peterborough (gdzie niemal 50% mieszkańców miasta to ludność napływowa), o którym Anglicy z innych regionów wypowiadają się jak o ziemi bezpowrotnie utraconej. Na Birmingham. Na maleńkie miejscowości, takie jak Watton, położone wśród pustkowi, których zmiana struktury demograficznej w wyniku imigracji bynajmniej nie oszczędza.

I nie będę ukrywała, że w Pantin, na Kreuzbergu, we Wschodnim Londynie – tak po prostu, zwyczajnie, po ludzku, czułam strach. Strach przed zmrokiem. Bo zmrok skrywa to, co może się stać, kiedy jestem jedyną Europejką na ulicy, kobietą wśród mężczyzn, których nie interesują prawa kobiet.

***

Dwa dni po przerażających atakach terrorystycznych w Paryżu przez media przetacza się fala społecznościowej rozpaczy, znajdująca największy wyraz w zmianie zdjęcia profilowego na Facebooku – uśmiechniętego, pokazującego pomyślność właściciela – na to samo zdjęcie, ale przysłonięte motywem francuskiej flagi. Wszędzie pojawia się #JeSuisParis. Z pewnym niesmakiem jednak obserwuję, jak ci sami współczujący Francuzom uczestnicy debaty publicznej wyśmiewają tych, którzy zamiast “Je Suis” z flagą mówią “Pray for Paris” i twierdzą, że to właśnie “Pray” doprowadziło do zamachów.

Nie, to nie tak.

W tym ataku – ataku na symboliczny kręgosłup kulturowy Europy, na stolicę kraju, który ucieleśnia wartości demokracji liberalnej, zginęli nie tylko ludzie. Zginęła pewna koncepcja – wolności od granic, wolności od inwigilacji (która, aksamitnie, wciąż zdobywa kolejne przyczółki naszej rzeczywistości), zginęła też w pewnym sensie koncepcja tolerancji – do tej pory próbowaliśmy stworzyć wspólny dla wszystkich świat, w którym rzeczy takie jak wyznanie i pochodzenie nie mają znaczenia – ale czy się udało?

Oczywiście, że nie każdy muzułmanin jest terrorystą. Nie każdy współpracuje z ISIS, nie każdy wierzy w słuszność świętej wojny przeciwko Europie. Obserwacja jednak podpowiada mi, że rzeczywistość wielokulturowych, uważanych powszechnie za złe dzielnic europejskich stolic to nie jest to, co wyobrażali sobie inżynierowie konstruujący nasze społeczeństwo, gdy pozwolono na osiedlanie się przybyszów z Afryki, Azji czy Bliskiego Wschodu.

Zanim przeciwnika przyjmowania imigrantów i uchodźców ze świata islamskiego okrzykniecie nacjonalistą i neonazistą, zastanówcie się – może to właśnie uzasadnione rozczarowanie rzeczywistością, w której żyjemy, spowodowało jego sprzeciw?

Ilu z Was żyje w miastach, w których całe dzielnice przeobraziły się w Kreuzberg, w Pantin, Saint-Denis, czy Newham? O ile dobrze pamiętam – w Polsce 96% ludności deklaruje narodowość polską.
Ilu z Was na co dzień styka się z innością rasową, religijną, obyczajową? Ilu doznało tego niesamowitego uczucia, jakim jest bycie mniejszością…?

Z tym pytaniem Was zostawię.
Zanim znów napiszecie komuś w Internecie, że jest ksenofobem i rasistą, bo po zamachach boi się tego, co może przynieść z sobą fala uchodźców i imigrantów ze świata muzułmańskiego, zanim wyśmiejecie kogoś kto się modli za Paryż, zanim zorganizujecie kolejną kolorową demonstrację, będącą najsilniejszym wyrazem sprzeciwu wobec tego, co się stało – przemyślcie to sobie.

Przeformułujcie swój wymiar poprawności politycznej – bo po 13. listopada żyjemy już w nieco innym świecie i ten stary, dotychczasowy – może już się nie sprawdzać. Ani medialnie, ani towarzysko.

Gosia Fraser