Na marginesie: dostojeństwo i brutalność. Wrocław

Dojeżdżam tam i cierpię na myślowy słowotok. Nie wiem, co robię w tym śpiącym pociągu relacji Gdańsk – Wrocław, wypełnionym ludźmi, którzy dojeżdżają dalekobieżnie do pracy, bo krótkodystansowość i lokalność to w Polsce pojęcia abstrakcyjne.

To miasto, ten tygiel niemieckości, czeskości i polskości, to dla mnie wrząca hasseliebe, strach i fascynacja, czasem granicząca z tą, jaka pcha voyeurystę ku drzwiom i dziurce od klucza, gdzie może patrzeć, patrzeć do woli i uczyć się każdego milimetra ciała.

Stąpam powoli i myślę, by nie pozostawić tu po sobie śladów.
Przedświt jest mglisty, wilgotny i październikowy, pachnie już listopadem, brudnym i rozkładającym się. Za chwilę przyjdzie brzask; nie ma innej pory, gdy niedopałek papierosa strącony na chodnik daje tak dużo światła, a dym jest tak cielesny.

***

Jest pewien wymiar ogromu, który przytłacza.
Betonem, brudem, surowością. Osamotnieniem i grozą.
Wrocław to zawsze będzie brutalność wyłaniających się z mgły tamtego przedświtu budynków, które jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia rozsiadły się wygodnie, wrastając swoimi betonowymi korzeniami w zniszczoną ziemię Twierdzy.

Nie wiem, czy ktoś potrafił bardziej ucelowić ideologię w architekturze, niż projektanci “Sedesowców” i “Galeriowca”. Nie wiem, czy projektowanie ludzkiego życia – kompleksy mieszkalno-usługowe, superjednostki, gigantyczne, wielopiętrowe, to wykolejone piękno, czy już jedna z wielu form rodzącego się z ideologii zła.

Poraża mnie programowalność wizji człowieka, która służyła architektom tamtego czasu, która dziś – tak niepostrzeżenie – na powrót stała się bardzo świeżą koncepcją.

Żyjemy, rodzimy się i umieramy w cieniu największej opresji, którą codziennie sami ściągamy sobie na głowę; Hobbes musiał jednak mieć rację.

Gosia Fraser