Skazani na popkulturę?

Od 1998 roku żyję w świecie, w którym wszystko mam na wyciągnięcie ręki. Muzyka, filmy, tysiące książek we wszystkich językach, w jakich jestem w stanie przetwarzać tekst. Recenzje (albo teksty, które aspirują do bycia recenzjami), opinie, listy bestsellerów. A każda treść – w milionach kopii (często nielegalnych).

Kultura w świecie cyfrowym, przez swoją niewiarygodną dostępność i bogactwo, stała się w pewnym momencie kolejną z dziedzin (obok wiedzy i edukacji w ogóle), które dzięki Internetowi w pewien sposób zdewaluowały się, a na pewno uległy znacznemu spłyceniu.
Dostępność – właściwie nieograniczona – nadała jej konsumpcyjny charakter, a to, co konsumpcyjne, musi być przede wszystkim lekkostrawne i łatwo przyswajalne – po to, by proces konsumowania miał zagwarantowane cykliczne trwanie i powtarzalność.

Nie chcę oceniać kultury popularnej – ona istniała zawsze, zmieniała się jedynie jej forma. Ma swoich odbiorców, a w realiach Internetu odnalazła się wprost znakomicie – literatura rozrywkowa, kino, muzyka to dziś nośniki treści, które są dziś przez kulturę popularną zdominowane. Egalitarna, przeznaczona przede wszystkim rozrywce, popkultura sprzedaje się w milionach egzemplarzy – tym samym spychając na margines wszystko to, co do tej pory było uznawane za kulturę wysoką. I mimo pewnej dostępności tej ostatniej, która dzięki Internetowi zyskała możliwość wejścia “pod strzechy”, nie znajduję wielu ludzi, którzy pasjami poszukują w Internecie najlepszych nagrań Filharmoników Wiedeńskich, czy spektakularnych interpretacji klasycznych dzieł teatralnych.

Słowem: kultura nie znaczy już tego, co znaczyła przed Internetem. I w tym stanie rzeczy podziwiam Krystiana Zimermana, który na jednym ze swoich koncertów wyczuł, że jest nagrywany i przerwał grę. O całym zdarzeniu przeczytacie tutaj.

Przytaczam to nie ze względu na dyskusję o piractwie i argument z kontraktów, który wysunął pianista, ale dlatego, że dzięki Internetowi kultura tak po prostu się spauperyzowała, bo stała się towarem. Kultura wysoka wciąż może istnieć i być elitarna – ale tylko, jeśli zgodzi się na pewne ustępstwa w stosunku do marketingowego paradygmatu współczesności.

Maraton z operą Verdiego w multipleksowym kinie kiedyś byłby nie do pomyślenia.
Nie, nie mówię, że to złe.
Ale czy na pewno miejsce tego typu sztuki jest w tej samej sali, w której na co dzień wyświetla się kręcone w większości na zielonym ekranie filmy o zombie…?

Gosia Rybakowska
  • No oczywiscie, wczoraj Disqus zjadl moj komentarz…. :/
    Ad ostatni paragraf: Jest. Ta opera w swoich czasach byla pop-ularna. Tak samo jak teatr w starozytnej Grecji. Wszyscy tam chodzili!
    Jak ja sie ciesze ze spektakle z brytyjskich teatrow sa transmitowane w Multi. Na razie nie pojade na Wyspy, na West Endzie jest drogo. Tu mam szanse zobaczyc Of mice and men z Franco.
    Muzyka klasyczna kiedys nie byla muzyka ‚arystokracji rozumu’ (wybacz!) ale niektore nuty byly zgorszeniem dla wspolczesnych.
    My wiemy co teraz jest – ale co za dwa pokolenia bedzie klasyka? Jestem pewna, ze znajdzie sie cos jeszcze bardziej kiszkowatego, co bedzie grane w radiach, a muzyka Budki Suflera bedzie uwazana za klasyczna (jesli juz nie jest ;-)) (Kocham Budke Suflera, jak co)

    • Czy aby na pewno do opery chodziły wszystkie stany społeczne (klasy) po równo…?
      Czy muzyka (dzisiaj klasyczna) była dla wszystkich sfer – tak samo dla właścicielek salonów, jak i dla robotników pracujących na przykład przy budowie metra…?
      Do tego zmierzam. A nie do dostępności.
      Dostępność jest ok.
      Dominacja pop- nie jest.

      • venedie

        To żeby kultura stawała się coraz bardziej popularna jest ultra ważne.
        To żeby stawała się coraz bardziej dostępna jeszcze bardziej ważne.
        To żeby nie straciła na jakości jest najważniejsze.
        Potrzeba balansu.

        • popularna ale w znaczeniu kultury jakościowej – tak! Właśnie to!

      • mw

        w Atenach V w. p.n.e był caly system wsparcia dla tego, aby na przedstawienia mógł przyjść każdy/każda

        bardzo nie lubię takiego krytykowania popkultury, vide
        http://mrw.blox.pl/2015/03/Postgeekism.html

        zobaczy cytat z Kałużyńskiego

  • To dość dziwne, ale za to wszystko, co napisałaś uwielbiam Sieć, ale i jej nienawidzę. Na obrzeżach popkultury zawsze były zjawiska związane z ekstremalną muzyką metalową, z elektroniką itp. gatunkami, które bardzo często nie są tak wprost zaliczane do popultury (chyba, że to zjawiska w rodzaju Iron Maiden czy, upraszczając, Avicii). Na obrzeżach albo i w podziemiu, w drugim obiegu. Teraz zarówno (znów upraszczając) Rihanna, jak i Fennesz czy ambitne, postmetalowe albumy są dostępne na „odległość” tych kilku kliknięć, często w ramach tej samej usługi streamingowej. Z jednej strony cieszy dostępność niszy, z drugiej smuci takie techniczne zrównanie jej z miałkim produktem. To samo oczywiście tyczy się muzyki poważnej, ale z drugiej strony – nie odkrywałbym jej teraz bez Internetu. Tak że… skazani nie jesteśmy, po prostu popkultura w dobie Internetu wyskakuje nam z lodówki. (Już widzę lodówki, które witają nas nowym singlem U2 przy otwarciu drzwiczek rano…)

    • Trafiłeś w sedno tego, co mnie razi i co mi dokucza. Ten uniwersalizm mediów i dzielenie „powierzchni” tudzież „kanału” przez to, co niszowe i przez to, co bardzo szerokie. To jest w pewnym sensie dewaluacja tych rzeczy, które do tej pory były ekskluzywne i niszowe, a zarazem dowartościowanie (czy na pewno…?) tych niskich…

      Wszystko się pauperyzuje, fotografem może zostać każdy, czekam na aplikacje, dzięki którym każdy będzie mógł zostać kompozytorem… ale tu minimum talentu jeszcze potrzeba do działania.

      Dzięki, że komentujesz i że jesteś. :)

      • Dowartościowanie, jak najbardziej – patrz: robienie z disco polo czegoś zupełnie w porządku, czegoś, czego nie trzeba się „wstydzić”, bo przecież „o gustach się nie rozmawia” (co jest kompletną bzdurą).

        Niestety każdy może zostać. No, chyba że klasycznym, to odpada, bo trzeba mieć wiedzę teoretyczną.

        • Świetnie ujęte. A właśnie mieszkam w kraju, w którym z dowartościowywania miernoty uczyniono religię.

          Myślę, że odczuwalny niegdyś rozdźwięk między kulturą wysoką a niską zmuszał (lub choćby wytyczał pewien szlak, zachęcał) do rozwoju osobistego, poszerzania horyzontów, zdobywania nowych umiejętności, pięcia się w górę. Obecnie te usiłowania są o wiele mniej jednoznaczne. Słyszy się wręcz, że niepotrzebne: bo przecież i tak już jest z tobą wszystko OK, co się masz rozwijać, udawać kogoś innego? Ściągnij sobie więcej tego, co już lubisz. Łatwość dostępu nie oznacza faktycznego dostępu.

          Pamiętam, jak w towarzystwie amerykańskim wspomniałam raz japoński film „Pożegnania” z 2008 r. Spotkało mnie zdezorientowane spojrzenie i ostrożne pytanie: „A gdzie ty oglądasz takie filmy…?” A to był film znaleziony na Netflixach. Usługi, która dla moich amerykańskich znajomych jest wręcz chlebem powszednim.

  • mw

    > dzięki Internetowi kultura tak po prostu się spauperyzowała, bo stała się towarem
    rany, a wcześniej nie była towarem?