Na marginesie: o muzyce

Rytmicznie kołyszący się, przepotężny w wyrazie męski, grecki chór.
Falujący dostojeństwem.
Rozległy i przestrzenny, jak otwarte morze.
Przepiękny wyraz zachwytu.

Albo: przemożny ból.
Tułaczka, nadchodząca powoli noc.
Niebo rozcięte ostatnią, krwawą smugą zachodu słońca.
Głos wznoszący się w modlitwie, drżący, przerażony.
Osamotniony.

Albo: ulotność tańca.
Kurz na ulicach i gorące powietrze.
Kruchość szkła, ochra murów i błękit nieba.
Niekończące się, popołudniowe opowieści cienistych zaułków Madrytu.
Zapach dojrzałych pomarańczy.

***

Dźwiękiem można opowiedzieć wszystko.
Pozwalam mu płynąć przez siebie, rozlewać się w żyłach, wypełniać końce palców mrowieniem.

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego tym, co słyszę, zapisuję wspomnienia bardziej, niż obrazami, słowami i zapachem.
Ten zestrój – idealny, matematyczny, harmonijny – nakładających się na siebie partii instrumentalnych i głosowych, bez których nie istnieje pojęcie całości utworu, a zatem i jego wartość. Bez pierwotnej, czułej dekonstrukcji wszystkich warstw, bez doskonałości każdej z nich; wówczas zostaje li-tylko nieobecność, ten brak perfekcji, ta ułomność, która męczy.

***

Nie wiem, kiedy przestałam słuchać muzyki.
Najprawdopodobniej około maja zeszłego roku, kiedy moje życie wypełniło się ciszą, w połowie sierpnia mającą zmienić się w dziki wrzask, a potem – w głuchy, ciągle dobrzmiewający gdzieś z tyłu głowy pomruk.

Od miesiąca restauruję powoli i cierpliwie.

Gosia Fraser