Co poszło nie tak, albo tekst o niczym

Poczułam dzisiaj, że nie chce mi się dłużej prowadzić tego bloga. A dzień zaczął się tak pięknie; miałam zamiar napisać Wam dobry tekst o Wrocławiu. O odkrywaniu miasta inaczej, niż to proponują mainstreamowe przewodniki i produkowane przez wydział marketingu urzędu miasta materiały.
Potem jednak przypomniałam sobie reakcję jednej z osób na Twitterze, kiedy zapowiedziałam przedwczoraj tekst o historii sztuki; “ktoś to w ogóle czyta?” i zrobiło mi się tak trochę nieswojo.

W mojej głowie zeszła lawina. Bo jest całe mnóstwo rzeczy, które skutecznie zniechęcają mnie do pisania tutaj; na przykład media społecznościowe. Blogosfera. Internet w ogóle. I taki content:

Pamiętaj, jeśli ma u ciebie nocować dziewczyna, wypierz pościel… albo;
Mężczyzną stałeś się dopiero w chwili, w której urodziło ci się dziecko… albo;
Od dzisiaj rozpoczynam współpracę z firmą X… (w związku z czym przez zylion następnych postów będę pokazywał się swoim czytelnikom NIBY PRZYPADKIEM w butach określonej marki lub z dokładnie TYM modelem najnowszego telefonu w dłoni)
Nowy newsfeed Facebooka. Moje wrażenia: przesuwamy myszką w dół, po pasku koloru niebieskiego… albo;
Twój znajomy X właśnie polubił element: <młode piersi w plenerze>

Widzę to codziennie. Powiecie: wyeliminuj to. Nie obserwuj. Zrób sobie taki timeline na Twitterze i taki newsfeed na Facebooku, w którym będziesz znajdować treści, jakie Ci odpowiadają.
Fajnie, w porządku. Chciałam Wam jednak powiedzieć, że obserwowanie trendów w Internecie, a więc w mediach społecznościowych czy w blogosferze, to integralna część mojej pracy zawodowej. Nie mogę tego wyeliminować. To po pierwsze (tak, wiem, napiszecie mi: zmień zawód). Po drugie: to, co mnie zniechęca do jakiegokolwiek działania, to nie to, że istnieje taki content i jego amatorzy. Internet jest dla wszystkich. Ale obrzydza mnie, że tendencja do takiego poziomu intelektualnego zaczyna dominować. Nie tylko w mediach tradycyjnych, które zeszmaciły się już dawno temu. Otwieram pierwszy, lepszy serwis informacyjny w Sieci i co? Ano, to:

Premier mówi: zagrożenie wojną w każdej chwili lub;
Doda w prześwitującej bluzce na gali roku pisma… ZOBACZ ZDJĘCIA!

A oprócz tego – przedruki i kiepskie tłumaczenia zagranicznych artykułów. Ludzie, którzy budują swoją renomę na bezpłatnej pracy ślęczących po zajęciach studentów, którzy koślawą polszczyzną tłumaczą teksty zagranicznych ekspertów od marketingu i – na przykład – bezpieczeństwa energetycznego, bo liczą na nagrodę w postaci dobrego wpisu do CV albo, co jeszcze lepsze – pochlebny wpis redaktora naczelnego w serwisach społecznościowych. To psuje nie tylko rynek pracy dziennikarzy, ale i Internet per se. Bo nagle przestaje obowiązywać jakakolwiek klasa. Liczy się tylko zasięg i to, kto szybciej, kto więcej i na bardziej nośny, klikalny temat. Kit z tym, że zagraniczne teksty rzadko kiedy są adekwatne do polskich warunków (w jakimkolwiek sektorze). Nie róbmy publicystyki. Kopiujmy cudzą. A na końcu wsadźmy wszystko za paywall i przedrukujmy na papierze, firmując własnym nazwiskiem. Ot, dziennikarstwo dzisiaj.

Większość z moich dyskutantów legitymuje się wykształceniem wyższym. Ludzie, którzy wypowiadając się – na dowolny temat – najwyraźniej tylko dlatego, że są w Internecie, szukają okazji do tego, żeby dowalić sobie nawzajem i każdemu, kto myśli odmiennie. Przy okazji – nie szkodzi, jeśli nie rozróżniają “bynajmniej” od “przynajmniej” (oczywiście usłyszę, że się czepiam, jeżeli zwrócę na to uwagę). Zawsze mi się wydawało, że wykształcenie wyższe zobowiązuje nie tylko do podstawowej znajomości języka ojczystego, ale też do pewnej ogłady, poziomu intelektualnego i – ogółem – ma raczej kulturotwórczą i rozwojową rolę. Wydawało mi się, bo przekonałam się przez cztery lata mojej działalności w Internecie, że nie służy niczemu – jedynie wycieraniu sobie własnym dyplomem twarzy w bezsensownej polemice polegającej na wzajemnym obrzucaniu się błotem.

Chyba ostatecznie straciłam już nadzieję na to, że pisanie inteligentnych tekstów O CZYMŚ ma jakikolwiek sens, podobnie jak szukanie niszy dla wartościowych treści. Takie starałam się tworzyć – w różnych dziedzinach, w których posiadam JAKĄŚ wiedzę. Nie jestem ekspertem. Ale, jak pisałam w którejś z dyskusji na Facebooku – rzadko kiedy dzięki ekspertom mamy do czynienia z postępem. Najbardziej kreatywni są ci, którzy robią coś z pasji.

Moja chyba właśnie dogorywa, na wszystkich frontach. Układ “Krytyka albo łaskawa obojętność” już mi dawno przestał wystarczać.

Gosia Fraser