Wystarczająco dobrze

Był czas, kiedy bałam się centrów handlowych; niemal z każdej wystawy sklepowej emanują wyretuszowane, idealne twarze i sylwetki wiecznie młodych kobiet (mam 26 lat, a pod oczami pierwsze zmarszczki i czasem jestem zbyt zmęczona, żeby udawać królową życia).

Bycie zwyczajnym to dziś niespełnianie standardów; a skoro ich nie spełniam, to jakie mam prawo, by cieszyć się latem i – powiedzmy – parą nowych szortów albo sandałków? Przecież one są przeznaczone dla ładnych dziewczyn.

Był też czas, kiedy dopadała mnie absolutna niemoc twórcza – pracowałam wtedy dla pewnego miesięcznika kulturalno-społecznego. Na moim biurku piętrzyły się książki czekające na recenzję, a ja bałam otworzyć się edytor tekstu i napisać choćby jedno zdanie – przecież to grafomania. Nie potrafię. Jest tylu redaktorów, którzy zrobią to lepiej, niż ja. Zaskakująco, teksty, które w końcu wypływały spod mojej ręki, nie otrzymywały niemal żadnej korekty, a mój szef chwalił mnie za świeżość myślenia i niesztampowe podejście do formy… Dziwne. Dziwne, bo z liceum wyszłam, mając na świadectwie ukończenia szkoły tróję. Wymęczoną. Nie umiem tworzyć “pod klucz” i wpisywać się w cudze narracje. Od zawsze jednak wiedziałam, że chcę pisać – i że potrafię robić to dobrze – potrzebowałam jedynie kogoś, kto mnie upewni, że to, co robię, ma sens. I jest wystarczająco dobre.

Bo perfekcjonizm, do którego dziś jesteśmy tak bardzo pchani przez kulturę wyścigu szczurów i wiecznej rywalizacji wszystkich ze wszystkimi, o wiele częściej prowadzi do rozbudowania w sobie systemu wewnętrznych blokad i zniszczenia jakichkolwiek przejawów motywacji do robienia czegokolwiek. I kiedy przejmujemy się, że niedostatecznie dobrze wyglądamy (Anja Rubik już dawno osiągnęła rozmiar 0, a tu wciąż trzy kilogramy do zrzucenia), że to, co tworzymy, nie ma jeszcze poziomu literackiego Marcela Prousta (ale znacznie przewyższa jakość rodzimej publicystyki i większości dostępnych na rynku wydawniczym tytułów), ludzie, którzy są znacznie mniej uzdolnieni i posiadają dużo mniej szans na zawojowanie świata swym intelektem i pasją, robią to pomimo wszystko. Mrówczą, ciężką, mozolną pracą, której my odmawiamy myśląc, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy w tym, co robimy.

Tak przy okazji – tekst wymyślił mi się, kiedy kolejny raz miałam się brać za narzekanie na poziom polskiej blogosfery marketingowej. I kiedy musiałam kolejny raz tłumaczyć komuś, że jego teksty i zainteresowania literackie mają sens. Dużo większy, niż siedzenie z założonymi rękami i czekanie, aż media i kultura – pardon le mot – zdziadzieją jeszcze bardziej, niż to już nastąpiło.

Gosia Fraser