Na marginesie: na nowy rok

Nigdy nie robiłam postanowień noworocznych. Wszelkie badania psychologiczne dowodzą, że to, co obiecujemy sobie zmienić w życiu w okolicznościach szampańsko-sylwestrowych, traktujemy o wiele mniej serio i nie jesteśmy zdolni do realizacji tych zamierzeń dłużej, niż przez pierwsze dwa-trzy tygodnie trwania nowego roku.

Rok, który zakończył się z nadejściem północy, to mój natrudniejszy w dotychczasowym życiu. I właśnie dlatego tak cieszę się z dzisiejszej daty, z nowego otwarcia, z nowego początku – bo nawet, jeśli dla wielu sceptyków to tylko zmiana jednej cyfry w dacie, z czwórki na piątkę, to potrzebujemy takich symboli. Dają nadzieję, napawają optymizmem, pozwalają uśmiechać się z myślą o przyszłości – bo oto wszystko, co złe, w pewien symboliczny sposób się kończy. I mamy nowe rozdanie.
I chyba taki jest właśnie sens postanowień noworocznych – budowanie radości z życia. Nawet, jeśli połowa z nich ma się nigdy nie spełnić i przejść na listę rezerwową na następny rok.

Cieszę się na zmiany, które przyniesie z sobą kolejnych 12 miesięcy. Cieszę się na wszystkie przeprowadzki, na nowych ludzi, na podróże i teksty. Na wszystkie książki, których, mam nadzieję, uda mi się połknąć nieco więcej, niż w roku ubiegłym. I tak po prostu – choć może to dziwne – cieszę się, że jestem.

Lubię wierzyć, a dziś – raczej wiedzieć – że wszystko idzie ku dobremu (czego i Wam w tym roku życzę).

Gosia Fraser