Wszystkie szerokości morza

Jakiś czas temu zrozumiałam, że gdziekolwiek będę na dłużej chciała znaleźć dom – tam musi być morze. Bo morze jest czymś, co wnika w człowieka. Kiełkuje w nim, zapuszcza korzenie bezwzględną, długotrwałą miłością, która chyba nigdy nie wygasa – najwyżej tli się niepozornie, ale wciąż ciepło i mimo wszystko potężnie.

Zanim zamieszkałam nad morzem, poznawałam je przez Conrada. Przez Burzę, przez Lorda Jima. To one ukształtowały moją fascynację, która z całą mocą wybuchła w grudniu 2008, kiedy zaczęłam zakorzeniać się w Gdańsku.
Od tamtego czasu trudno mi było znaleźć książki o morzu, które mogłabym traktować serio. Własne doświadczenie potęgi wiatru i wody, wiecznego falowania zgodnego z cyklem księżycowym (a więc morze jest kobietą) kłóciło się (i wciąż kłóci, coraz głośniej) ze schematycznymi powieściami – produktami współczesnej literatury – eksploatującymi do znudzenia tematykę portowych bijatyk, poszukiwań skarbów i piractwa, od czasu do czasu zahaczających o płytką jak martwa rafa koralowa psychologię.

Cmentarzysko bezimiennych statków wylądowało w moich rękach, kiedy zaczęłam marudzić J., że znów nie mam co czytać. Wzięłam (“Och! To książka o morzu!”). I mimo, że nie przepadam za literaturą hiszpańską, pomyślałam sobie, że umysł Artura Perez-Reverte’a nie mógł stworzyć kiepskiej książki.
Istotnie – to ładna powieść. Mimo, że ma w sobie mnóstwo bezsensownej treści, która czasem na siłę przewleka akcję. Mimo, że w kilku miejscach runęła moja (do tej pory nienaruszalna) wiara w erudycję autora. Wreszcie – mimo, że bohaterowie zostali stworzeni w sposób charakterystyczny dla tego, czego najbardziej nienawidzę we współczesnej beletrystyce – żyją po to, by ich konsumować (i konsumują siebie nawzajem).

To ładna powieść, bo pokazuje, czym może stać się dla człowieka morze. Że można nim i dla niego żyć. Że bycie od niego oddzielonym, zmuszonym do życia na lądzie to czasem największa kara, jaka może spotkać kogoś, kto nigdy nie potrafił znaleźć ukojenia w rzeczach stałych i bezpiecznych, jakich zazwyczaj poszukują ludzie. Czasem wiatr, niespokojne, czarno-zielone wody i wysokie, nocne niebo są jak ciało ukochanej osoby milcząco śpiące obok. Są jak gwarancja spokoju.

I choćby dlatego warto tę książkę przeczytać. Żeby zrozumieć, jak bardzo różni potrafimy być i jak zbieżne mimo tego możemy mieć cele i marzenia.

PS. Kończąc “Cmentarzysko…” wiem, że nie wytrzymam długo, że muszę pojechać nad morze. Styczniowe, skute lodem, posępnie piękne.
Do zobaczenia w Gdańsku za niecały miesiąc!

Gosia Rybakowska